Pelinore a sprawa Warhammera

Anglia, rok 1983. TSR UK wprowadza na tynek magazyn o grach fabularnych, o wdzięczniej nazwie “Imagine”. Po co to robić, skoro mają już “Dragona”? Ponieważ miał on być profilowany pod graczy z Albionu a wiadomo, że Dragon był ukierunkowany na Stany Zjednoczone (i pewnie po części rozbijało się to o reklamy – po co graczom w UK reklamy sklepów w Stanach. Imagine na rynku niecałe trzy lata, ukaze się 30 numerów. Powody zamknięcia? Można by je najogólniej opisać jako konflikt interesów z publikowanym jednocześnie “Dragonem” (ironiczne, nieprawdaż?), fragmentacja rynku i – co za tym idzie – spadek sprzedaży obu pubklikacji. Jeżeli byłbym trochę wredny, powiedziałbym, że “Imagine” zaczął stawać się zbyt dobrym czasopismem, które nie tylko miało ogromną i stale rosnącą rzeszę fanów (wiadomo pismo rodzime vs. pismo zza morza), ale również nie patyczkowało się przy recenzowaniu projektów spod znaku swego chlebodawcy (a koło tego TSR nie mogło przejść obojętnie).

W numerze 15 “Imagine” ukazał się artykuł inaugurujący prace nad settingiem zwącym się Pelinore.

W założeniu redaktorów Pelinore miał być tworzony i rozwijany przy współudziale czytelników. Dodatkowo miał stać się domyślnym miejscem akcji przygód publikowanych na łamach magazynu, a co za tym idzie, jako świat domyślny miał być na tyle elastyczny, żeby można było w nim poprowadzić jakąkolwiek przygodę fantasy.

Starsi fani gier fabularnych pewnie o takim zabiegu już słyszeli, zaszczepić coś podobnego na naszym poletku, jeżeli mnie pamięć nie myli, starał się krótko żyjący magazyn pod wdzięcznym tytułem “Złoty Smok”. Niestety nie ukazało się wystarczająco wiele numerów, aby dane nam było ujrzeć efekty tego eksperymentu.

Wracając do tematu: po co wspominać o czymś, co ma prawie trzydzieści lat? Powodem do wspominek jest wpływ, jaki Pelinore i ludzie z nim związani wywarli na podręcznik główny do fabularnego Warhammera.

Kiedy TSR zamknął “Imagine”, kilkoro ludzi, kórzy dotychczas pisali scenariusze oraz zajmowali się Pelinore, znalazło się bez pracy. Tak się szczęśliwe złożyło, że w tym samym okresie w Games Workshop robota nad pierwszą edycją młotka znajdowała się w stadium co najmniej zaawansowanym.Hormonogram publikacji był tak napięty, że nic dziwnego,iż każda pomoc była przyjmowana z otwartymi rękami, a co dopiero pomoc ludzi mających już jakieś doświadczenie w branży.

Okazuje się, że w tamtych latach nie było znowu tak wielu autorów piszących materiały do gier fabularnych czy scenariuszy, i niejednokrotnie zdarzało się że ta sama osoba oddawała kilka rzeczy do numeru, z których  część publikowana była pod pseudonimem, aby czytelnicy nie zorientowali się, że dany egzemplarz czasopisma napisała na przykład dwójka ludzi :D

Zainteresowani przeglądną sobie dołączony PDF, w którym na 72 stronach zebrane zostały wszystkie materiały napisane do świata Pelinore.

A co przeniknęło do Warhammera? Na przykład styl planów budynków: rzut z przodu i następnie z góry na których to później wzorowali się artyści z GW.

Ekipa z “Imagine” była podobno również odpowiedzialna za wszechobecny w Warhammerze angielski humoru (szczególnie kalambury w imionach i  nazwiskach NPC-ów: aluzje do wszystkiego od ówczesnych napojów gazowanych, polityki, szemranej jakości samochodów, albo które po prostu po przełożeniu z niemieckiego na angielski były, delikatnie mówiąc, niestosowne dla młodszego grona fanów).

Zastanawialiście się kiedyś dlaczego imperium zapadło w polityczne bagno i walki wewnętrzne w 1979 roku? Spójrzcie tylko na to co działo się w Anglii w 1979 roku. Nawet nie trzeba się zbytnio zastanawiać kogo miała przedstawiać wielka księżna Margraritha ;)

Może to niewiele, ale dla mnie są to elementy, które stanowią o  uroku fabularnego Warhammera.

Nie śmiem twierdzić, że Warhammer to Pelinore II, ale zapewne sporo rzeczy, nad którymi redaktorzy pracowali lub mieli juz przygotowane w chwili zamknięcia “Imagine”, wylądowało na stronach opasłego podręcznika podstawowego.

I nie da się ukryć tego, że ich podejście do pisania odcisnęło trwałe piętno na tym jaką ten podręcznik przyjął ostatecznie formę, a co za tym idzie, dzięki nim pierwsza edycja Warhammera ma taką dobrze znaną i lubiana przez nas formę.

Zapomniany dodatek do Warhammera [WFRP]

W zamierzchłych czasach, kiedy pierwsza edycja Warhammera była jeszcze nowością, dwójka panów – Mark Smith oraz Jamie Thomson podjęło się napisania dodatku Orientalnego do WFRP.

Manuskrypt (pod roboczym tytułem Tetsubo), został zdany, ale niestety GW nie podjęło sie jego wydania, ponieważ rzekomo nie oddawał on w pełni „Warhammerowego klimatu” (skąd my to znamy ;).

Jak ogromna ilość projektów które przewalały się w latach osiemdziesiątych przed buirka w Games Workshop został on oddleglegowany na kupę „do poprawienia” a następnie zapomniany.

W roku 2000 Jamie Thomson powrócił do projektu. Tym razem zaprosił do współpracy Dave’a Morrisa i tak oto na sieć wypłynął troszkę poprawiony acz niekompletny manuskrypt Tetsubo.

Ja mnie pamięć nie myli ten podlinkowany PDF to wersja druga, troszeczkę poszerzona.

Warto zaglądnąc do środka, jest tam troskę czarów, niekompletna lista karier oraz masa potworów (z Gajinem włącznie ;)). Pojawia się również nowa statystyka – Honor, która miałą na celu wpływanie na innych poprzez wywieranie na nich nacisku mniej lub więcej socialnego.

Jeżeli chcielibyście dowiedzieć się troszkę wiecej o samej grze strona autora posiada dość skąpe informacje.

Thomson i Morris przekonwertowali Tetsubo i opublikowanie je dodatek do ich gry solo (znanej również u nas jako gra paragrafowa) Fabled Lands, pod tytułem Lords of the Rising Sun. Więcej rzeczowych informacji na Wikipedii)

Encyklopedia Diuny

Jakiś czas temu wykopałem na sieci wersję cyfrową sławetnej Encyklopedii Diuny (PDF – prawy klik i zapisz jako).

Jak zawsze nie mam pojęcia jak sprawa ma się z jej legalnością, ale sama książka jest produktyem dość antycznym (w tym roku stuknie jej trzydziestka).

Pamiętam, że papierową wersję nabyłem na ebayu jakąś dekade temu, i że niezwykle nam się ona przysłużyła podczas prac nad Jihad: Burning Sands.

A i wam pewnie się przyda, jeżeli szukacie jakichkowliek informacji na temat uniwersum Diuny Franka Herberta (z czasów przed sequelowych).

 

KB# 51 Ewolucja

Ja chciałbym ponudzić was o mojej ewolucji jako ewolucji od fana do kolekcjonera i z powrotem do fana.

Moja meblościanka

Moja meblościanka

Początki

Końcówka szkoły podstawowej, brak jakichkolwiek funduszy, „kieszkonkowe” którego nie starczało na nic innego niż słodycze…  Dla świeżo upieczonego fana gier fabularnych w post-komunistycznej Polsce przyszłość nie wyglądała różowo.

Moja pierwsza grupa RPGowych znajomych składała się z jednego rówieśnika, z którym uczęszczałem wspólnie do podstawówki, reszta była od nas starsza, o wiele starsza. Granie lub nawet kolegoewanie się ze „starszymi”, co jak zapewne pamiętacie w czasach szkoły podstawowej lub nawet na początku średniej, było dość traumatycznym konceptem. Nawet ludzi starszych od nas o rok uważało się wtedy za dorosłych, a rok różnicy to prawie jak kanion nie do przeskoczenia.

Materiałów nie mieliśmy wiele. Graliśmy w Kryształy Czasu, wydrukowane przez znajomego na igłówce z wersji krążącej wtedy na Amigowych dyskietkach. Inny znajomy, który utrzymywał kontakty z trójmiastem miał podręczniki do drugiej edycji DnD – skserowane. To kserowało się ksera i graliśmy w Dragonlance. Chodziły słuchy o „tłumaczeniu klubowym” Warhammera, ale nikt tego na oczy nie widział. Kilka lat później dane mi było grać u pana, który takowe posiadał na własność, a było to na konwencie w Złotowie…

Dzisiaj mamy Rebela i zapewne jeszcze kilka innych miejsc w sieci gdzie bez problemu możecie zaopatrzyć się przynajmniej w kilka obcojęzycznych gier. W zamierzchłych czasach była księgarnia wysyłkowa ISA i ona to rozprowadzala pocztą na żądanie katalog z ofertą wydrukowany na igłówce. Oczywście wszystkie ceny w tym katalogu wydawały się nam wzięte z kosmosu, ale nie przeszkadzało nam to w robieniu list tego, co kiedy już będziemy dorośli i będziemy mieli jakieś pieniądze to sobie kupimy i w co będzimy grać – po wsze czasy. Pamiętam, że figurki do gier bitewnych były w nim wymieszane z podręcznikami do RPG i nic nie było w nim  jasno opisane. Inne czasy inne podejście, na bezrybiu i rak ryba. Życie fana (mnie), który od najmłodszych lat miał ambicje zostania kolekcjonerem gier na prowincji w naszym kraju nie zapowiadało się ciekawe.

Jakoś tak się złożyło, że za młodu wiele w Warhammera i inne wydane w Polsce gry nie grałem i materiałów do nich nie kolekcjonowałem. Ba, nie było mnie stać na zakup młotka, a pamiętam reklamy w Magii i Mieczu oraz rozległy opis samej gry w jednym z wczesnych numerów. Podobnie było z AD&D oraz listą rzeczy do tego systemu opublikowanych przez TSR również w którymś tam z wczesnych numerów Magii i Miecza. Ta lista zajmowała chyba z dwie strony. Jedyny skutek jaki miały na mnie te aktykuły – było dodanie dodatkowych punktów do listy gier, które zamierzałem zdobyc w przyszłości. Siadało się ze znajomymi i gdybało nad tym co znajduje się w środku i co może być najciekawszą pozycją w katalogu. NIe mogliśmy pojąc jak do AD&D może być naście dostępnych settingów, przecież nikt nie byłby w stanie tego kupić. Przynajmniej nikt kto miał 13 lat i mieszkał w Polsce.

Poszczęściło mi się w drugiej klasie liceum i wakacje spędziłem w USA. W czasach przed internetowych moje informacje na temat sklepów z grami RPG były okropnie nikłe. Udało mi się znaleźć w jednej z księgarni brytyjskie pismo RPG Arcane i kilka podręczników, głównie do DnD. Kilka wypadów do innych księgarni zaowocowało tym, że tego roku wróciłem ze stanów z GURPS’em trzecią edycją oraz Earthdawnem (chyba dwa lub trzy lata przed jego polską edycją). I tak zaczęły się zalążki mojej kolekcji.

Start

Pod koniec drugiej klasy liceum udało mi się załapać na płatny staż w lokalnej bibliotece. Wynagrodzenie za mój czas nie było nadzwyczajne, ale za kilka godzin tygodniowo, pod koniec miesiąca uzbierało się wystarczająco grosza na jakiś podręcznik. Dzięki znajomemu, który miał kartę kredytową udało się sprowadzić z Anglii (z Leisure Games, które po dziś dzień istnieje i ma się dobrze) Palladium Fantasy RPG oraz Pandragona. Jako, że internet cały czas w tamtych czasach kulał i był niebywale drogi (przyanjmniej w Koszalinie – czasy przed neostradą) moje badania na temat tego co warto kupić przeprowadzałem bazując na recenzjach zawartych w trzech numerach Arcane, które udało mi sie zakupić podczas wspomnianego wcześniej wyjazdu do Stanów.

Palladium Fantasy RPG okazało się okropną kichą, ale Pendragon to było już coś. Gdzieś w tamtym okresie ukazała się ta sławetna recenzja Gemini w MiMie i również udało mi się ten system wraz z dodatkiem z Anglii sprowadzić. Moja prywatna biblioteczka powolutku się rozrastała.

Dwa kolejne lata to rozbudowa mojej skromnej kolekcji o jakieś zachodnie dodatki do Earthdawna, ksera na konwentach, ale również otworzenie mojego świata na IRC i kanały, które rozpowszechniały skanowane PDFy gier fabularnych.

Jak to prawdziwy kolekcjoner – nieważne jakie i jak rzadkie rzeczy udało mi się pozyskać albo skserować – człowiek zawsze chciał mieć więcej. Więc ściągaliśmy masę rzeczy z sieci. Tak się złożyło że w tamtym czasie jakoś granie ze znajomymi przygasło – masa ludzi wyjechała na studia i grało się dużo w kolekcjonerskie gry karciane i w bitewniaki.

W liceum pamiętam również mój pobyt na konwencie Kapitularz w Łodzi, gdzie ktoś starał się sprzedać legendarny Amber Wujcika, a ja jak najbardziej wyraziłem chęć jego zakupienia, ale jakoś tak wyszło, że wyskakiwaliśmy na miasto i nie mogłem dokończyć transakcji. Po powrocie znalazłem tego jegomościa, ale okazało się że podręcznik został już sprzedany, mimo tego, że miałem go „zaklepanego”. Niby śmieszna rzecz, ale dla nastoletniego kolekcjonera był to poważny cios. Poprzycięgłem wtedy, że już niegdy nie przeoczę ponownie takiej okazji. Bo zdarzyło się to po raz drugi, dwa lata wcześniej nie dograłem kserowania Kultu i paru dodatków na innym konwencie na Pomorzu i również mnie to mocno przybiło.

Mała polska inicjatywa

Przesiadywanie na ircu zaowocowało masą kontaktów z zagranicą. Gadaniem o grach, z ludźmi, którzy w moim mniemaniu mieli dostęp do wszystkiego co się tylko ukazało. Widzieliśmy wolno rozwijającą się scenę skanującą podręczniki – nie było to wiele osób, może około 20 ludzi se skanerami i jakieś 120 którzy tylko ssali. W sumie niewiele w skali światowej a były to czasy prospery. Dziś ten kanał po dwóch czy trzech przeprowadzkach ma okolo 40 użytkowników. Mistrzem świada był koleś, którzy mieszkał w Szwecji, miał żółte papiery i żył z zasiłku państwowego, którego to co miesiąc wydawał na podręczniki. Po przeglądnięciu tego co mieliśmy w naszych zasobach postanowiliśmy również poskanować kilka starszych gier, do których dostęp był ograniczony. Tak powstała EPC CREW (Epic Crew) – w składzie, ja, mój znajomy z osiedla a potem dołączyły jeszcze dwie osoby (jedną z nich był ten Szwed, który po pewnym czasie całkowicie zniknął z radaru, a drugą pewen anglik, z którym utrzymuję kontakt do dziś – bo tak samo kochaliśmy ICEowego MERPa). Po prostu – kilku szczenaków wychowanych na snach o przynależeniu do mitycznej komputerowej „sceny”. A moja kolekcja cały czas rosła (ta cyfrowa o wiele szybciej niż drukowana).

Wyprawa

Po skończeniu liceum i odwalenu jeszcze trzech lat w szkole pomaturalnej i na pierwszym roku studiów, miałem stałą pracę (a co za tym idzie dostęp do podręczników, to były czasy Ars Magicy czwartej educji!) ale praca się skończyła. Po około 6 miesiącach bez perspektyw i bez chęci przeniesienia się do większego miasta, postanowiłem przeprowadzić się za chlebem za ocean.

Nowy Jork to dość poważna zmiana klimatów. Tak się złożyło, że bardzo saczęśliwie upadłem. Język znałem w miarę dobrze (a jakże, dzięki grom fabularnym), o wiele lepiej od moich polskich współpracowników, wydatków za dużo nie miałem – więc ogromne sumy przeznaczałem na zakup tych podręczników, których nie dane mi było doświadczyć jako nastolatkowi. Jechałem po prostu w dół mojej listy zrobionej kilka lat wcześniej bazując na artułach z Mima i katalogu Isy :D

Moja kolekcja rosła, ale życie na drugiej półkuli przebiega troszkę inaczej. Miałem dwie przeprowadzki i muszę powiedzieć, że targanie czterech regałów pełnych książek ze sobą wszędzie gdzie się przenosiłem nie było zbyt pocieszne.

Cały czas uczestniczyłem w scenie skanerskiej, skupiałem się na bardzo starych rzeczach, które nie były powszechnie dostępne, albo były drogie. Przecież miałem masę ekstra funduszy… Jeżeli zassaliście kiedyś dodatek do MERPa, który wyglądał porządnie, to pewnie przeszedł on przez mój skaner. Podobnie z antykami do Ars Magicy. Jak wspominałem – stare czasy. Ale dzięki temu przynajmniej nauczyłem się kapkę o obróbce cyfrowej grafiki – nic nie idzie na marne.

Zdobywałem coraz więcej, coraz to rzadszych podręczników. Kolekcja rosła, a ja nigdy nie byłem zadowolony. Jak prawdziwy kolekcjoner, o wiele większą frajdę miałem z gonienia za podręcznikami na ebayu i z tego, że znalazł się on w mojej kolejcji niż czytania tych białych kruków. Czułem się niemal jak mecenas sztuki, który kupuje malowidło, wiesza je na ścianie a na następny dzień o nim zapomina, bo coś innego już przykuło jego uwagę. Powolutku zacząłem zdawać sobie sprawę z tego że uzależniam się od pogoni za podręcznikami a tłumaczę to sobie byciem prawdziwym fanem i kolekcjonerem. Bo rzekomo tak według mnie miał wygłądać prawdziwy fan – siedzący w piwnicy, otoczony podręcznikami – wieczny niezadowolony czytacz.

Oświecenie

Podczas jednego z moich świątecznych pobytów u rodziny w Polsce w naszym Nowojorskim mieszkaniu przeciekał dach i tak się złożyło że jak wróciłem to dowiedziaęłm się że w moim pokoju było czrety centymetry wody. Moja cała kolekcja do Ars Magicy (ponieważ była na najniższej półce) została zniszczona przez wodę. Był był formatywny moment – zdałem sobie sprawę, że tak na prawdę nie jestem nawet tym faktem zbyt wkurzonny. Odczułem pewną ulgę. Jakieś trzy miesiące po tym wydarzeniu zostałem zmuszony do kolejnej przeprowadzki. Tym razem pomagał mi znajomy, który miał skelpik na ebayu i to jemu zostawiłem trzy czwarte mojej kolekcji (a ten znajomy dziś prowadzi sklep wysyłkowy BWHQ). Dostałem za nią może jedną trzecią tego co zainwestowałem, ale tak dobrze jak po sprzedaniu tej masy makulatury to się dawno już dawno nie czułem. Jakby ktoś mi brzemię z barków zdjął.

Skończyło się również przywożenie ogromnych ilości podręczników zakupionych za pół darmo na konwentach. Pamiętam, że kiedyś wyrwałem cały zestaw do drugiej edycji Blue Planet za 15$, ale okazję jak ta zdarzały się rzadko i głównie był to chłam na przemial nadający się jedynie do palenia w piecu. Jedyny jego walor był taki, że jeszcze go nie miałem na półce. :D

Po tej przeprowadzce czekały mnie w najbliższych latach jeszcze dwie. Pierwsza była do nowego mieszkania gdzie wprowadziałem się z moja przyszłą żoną. Przybyłem z jednym regałem podręczników. Mieszkałem tam 5 lat, i moja kolekcja rozrosła się do dwóch i pół, bo w jakimś momentcie mnie napadło i zacząłem kolekcjonować boxed sety, jak szło. Niewżne do czego, ale głównie do AD&D. Podobnie miałem chwilową obsesję na temat Dark Suna, Birthrighta i Planescape’a, których to do dziś mam prawie pełne bibliografie. Potem przesiadłem się na Forgotten Realms, ale bardzo szybko się opamiętałem bo wykumalem ze zaczynam się ponownie staczac. Czułem sie jak stary heoriniarz, który po latach bycia czystym dostał nową strzykawkę.

Ostatania przeprowadzka zabrała mnie na drugą stronę ulicy i aktualnie mam tylko dwa (niepełne) regały z grami. Jeden z nich ma na sobie te wszystkie boxed sety (na które patrzę z wyrzutem) oraz kolejkcję AD&D, a drugi rzeczy do Harna, troszkę Ars Magicy 5 edycji, dużo małych gier indie i kilka bardzo rzadkich dodatków do Merpa (z których jeden jeszcze czły czas czeka na zeskanowanie :D), Warhammera, kolekcję Warpstonów i cały set Arcane Magazine (nostalgia).

Końcówka

Tak to właśnie wyglądała moja ewolucja od fana, który w notesiku wypisywał jakie gry kiedyś w przyszłości chciałby mieć, przez osobę mającą niepoliczoną masę poręczników – tak wielką że nie była ona w stanie ich wszystkich przeczytać, aż po dzień dzisiejszy – kiedy cały czas uważam, że mam tych gier za wiele, bo nigdy pewnie w nie wszystkie nie zagram a części z niej nie miałem wciąż chwili przeczytać :D

Jaki z tego morał? Nie wiem czy jakiś istnieje, ale na pewno warto powiedzieć, że wszystko co robimy jest fajne w moderacji. Nie ważne czy to hobby czy coś innego. Nie przesadzajcie, nigdy nie będziecie mieli wszystkiego, zawsze będzie ten jeden podręcznik, dodatek, boxed set, którego po prostu nie da się odszukać. A jeżeli go nawet odnajdziecie i zakupicie, to może okazać się, że tak jak w moim przypadku, to przestanie już być celem, bo prawdziwy cel leży tuż za horyzontem i pragniemy tego czego mieć nie możemy.

Możliwe, że warto marzyć, szukać, kolekcjonować i kupować, ale warto również pamiętać o tym co napisałem powyżej, a czego relizacja w moim przypadku zabrała jakieś 12 lat. Czasem granica pomiędzy kolekcjonowaniem a obsesją po prostu się zaciera.

Patrząc z perspektywy czasu, nie powiem, że nie było warto, ta podróż to było dla mnie spełnienie młodzieńczych marzeń, ale nie mam już trzynastu lat, a i obowiążków jakby więcej.

Powiem wam tyle – bez gier fabularnych i ich kolekcjonowania nie byłbym tu gdzie jestem teraz. Nie poznałbym mojego najlepszego przyjaciela i nie pomagałbym mu przez lata opracowwyać i testować jego gier oraz promować ich na konwentach. Nie miałbym szansy na granie co tydzień, lub nawet częściej. Może to zabrzmi zabawnie, ale w wieku prawie lat 35 lat gram więcej i więcej mam frajdy z grania niż jako małolat przed 20 stu laty.

Bez gier fabularncyh nie władał bym tak dobrze językiem angielskim, nie miałbym znajomych na całym świecie, z którymi wciąż utrzymuję kontakty. Nie pojechałbym wielokrotnie na GenCon, Origins czy Pax East aby promować gry, których jestem współautorem i które uwielbiam tworzyć.

I drugi regał z boxed setami oraz AD&D

I drugi regał z boxed setami oraz AD&D

Widzać, że w moim przypadku warto było być szalonym kolekcjonerem, ale to szaleństwo powoli przeminęło, bo przechodząc tą drogę sam zdałem sobie sprawę, że na prawdę nie potrzeba mi 600 książek aby być prawdziwym fanem. Kolekcjonerzy nie zawsze są fanami, bo zatracają się nie w graniu ale w kolekcjonowaniu. Fani tworzą coś czego użyć mogą inni, bezinteresownie – a nie otaczają się setkami książek i uczą się na pamięć regułek czy też faktów z wyimaginowanego świata.

Fani grają i uczą jak grać.

Do bycia fanem potrzebujesz dwóch, może trzech gier, w które lubisz grać i grupę przyjaciół z którymi miło spędzasz czas odwiedzając wymiaginowane światy kilka razy w tygodniu, miesiącu czy roku. Ważne aby grać.