KB# 51 Ewolucja

Ja chciałbym ponudzić was o mojej ewolucji jako ewolucji od fana do kolekcjonera i z powrotem do fana.

Moja meblościanka

Moja meblościanka

Początki

Końcówka szkoły podstawowej, brak jakichkolwiek funduszy, „kieszkonkowe” którego nie starczało na nic innego niż słodycze…  Dla świeżo upieczonego fana gier fabularnych w post-komunistycznej Polsce przyszłość nie wyglądała różowo.

Moja pierwsza grupa RPGowych znajomych składała się z jednego rówieśnika, z którym uczęszczałem wspólnie do podstawówki, reszta była od nas starsza, o wiele starsza. Granie lub nawet kolegoewanie się ze „starszymi”, co jak zapewne pamiętacie w czasach szkoły podstawowej lub nawet na początku średniej, było dość traumatycznym konceptem. Nawet ludzi starszych od nas o rok uważało się wtedy za dorosłych, a rok różnicy to prawie jak kanion nie do przeskoczenia.

Materiałów nie mieliśmy wiele. Graliśmy w Kryształy Czasu, wydrukowane przez znajomego na igłówce z wersji krążącej wtedy na Amigowych dyskietkach. Inny znajomy, który utrzymywał kontakty z trójmiastem miał podręczniki do drugiej edycji DnD – skserowane. To kserowało się ksera i graliśmy w Dragonlance. Chodziły słuchy o „tłumaczeniu klubowym” Warhammera, ale nikt tego na oczy nie widział. Kilka lat później dane mi było grać u pana, który takowe posiadał na własność, a było to na konwencie w Złotowie…

Dzisiaj mamy Rebela i zapewne jeszcze kilka innych miejsc w sieci gdzie bez problemu możecie zaopatrzyć się przynajmniej w kilka obcojęzycznych gier. W zamierzchłych czasach była księgarnia wysyłkowa ISA i ona to rozprowadzala pocztą na żądanie katalog z ofertą wydrukowany na igłówce. Oczywście wszystkie ceny w tym katalogu wydawały się nam wzięte z kosmosu, ale nie przeszkadzało nam to w robieniu list tego, co kiedy już będziemy dorośli i będziemy mieli jakieś pieniądze to sobie kupimy i w co będzimy grać – po wsze czasy. Pamiętam, że figurki do gier bitewnych były w nim wymieszane z podręcznikami do RPG i nic nie było w nim  jasno opisane. Inne czasy inne podejście, na bezrybiu i rak ryba. Życie fana (mnie), który od najmłodszych lat miał ambicje zostania kolekcjonerem gier na prowincji w naszym kraju nie zapowiadało się ciekawe.

Jakoś tak się złożyło, że za młodu wiele w Warhammera i inne wydane w Polsce gry nie grałem i materiałów do nich nie kolekcjonowałem. Ba, nie było mnie stać na zakup młotka, a pamiętam reklamy w Magii i Mieczu oraz rozległy opis samej gry w jednym z wczesnych numerów. Podobnie było z AD&D oraz listą rzeczy do tego systemu opublikowanych przez TSR również w którymś tam z wczesnych numerów Magii i Miecza. Ta lista zajmowała chyba z dwie strony. Jedyny skutek jaki miały na mnie te aktykuły – było dodanie dodatkowych punktów do listy gier, które zamierzałem zdobyc w przyszłości. Siadało się ze znajomymi i gdybało nad tym co znajduje się w środku i co może być najciekawszą pozycją w katalogu. NIe mogliśmy pojąc jak do AD&D może być naście dostępnych settingów, przecież nikt nie byłby w stanie tego kupić. Przynajmniej nikt kto miał 13 lat i mieszkał w Polsce.

Poszczęściło mi się w drugiej klasie liceum i wakacje spędziłem w USA. W czasach przed internetowych moje informacje na temat sklepów z grami RPG były okropnie nikłe. Udało mi się znaleźć w jednej z księgarni brytyjskie pismo RPG Arcane i kilka podręczników, głównie do DnD. Kilka wypadów do innych księgarni zaowocowało tym, że tego roku wróciłem ze stanów z GURPS’em trzecią edycją oraz Earthdawnem (chyba dwa lub trzy lata przed jego polską edycją). I tak zaczęły się zalążki mojej kolekcji.

Start

Pod koniec drugiej klasy liceum udało mi się załapać na płatny staż w lokalnej bibliotece. Wynagrodzenie za mój czas nie było nadzwyczajne, ale za kilka godzin tygodniowo, pod koniec miesiąca uzbierało się wystarczająco grosza na jakiś podręcznik. Dzięki znajomemu, który miał kartę kredytową udało się sprowadzić z Anglii (z Leisure Games, które po dziś dzień istnieje i ma się dobrze) Palladium Fantasy RPG oraz Pandragona. Jako, że internet cały czas w tamtych czasach kulał i był niebywale drogi (przyanjmniej w Koszalinie – czasy przed neostradą) moje badania na temat tego co warto kupić przeprowadzałem bazując na recenzjach zawartych w trzech numerach Arcane, które udało mi sie zakupić podczas wspomnianego wcześniej wyjazdu do Stanów.

Palladium Fantasy RPG okazało się okropną kichą, ale Pendragon to było już coś. Gdzieś w tamtym okresie ukazała się ta sławetna recenzja Gemini w MiMie i również udało mi się ten system wraz z dodatkiem z Anglii sprowadzić. Moja prywatna biblioteczka powolutku się rozrastała.

Dwa kolejne lata to rozbudowa mojej skromnej kolekcji o jakieś zachodnie dodatki do Earthdawna, ksera na konwentach, ale również otworzenie mojego świata na IRC i kanały, które rozpowszechniały skanowane PDFy gier fabularnych.

Jak to prawdziwy kolekcjoner – nieważne jakie i jak rzadkie rzeczy udało mi się pozyskać albo skserować – człowiek zawsze chciał mieć więcej. Więc ściągaliśmy masę rzeczy z sieci. Tak się złożyło że w tamtym czasie jakoś granie ze znajomymi przygasło – masa ludzi wyjechała na studia i grało się dużo w kolekcjonerskie gry karciane i w bitewniaki.

W liceum pamiętam również mój pobyt na konwencie Kapitularz w Łodzi, gdzie ktoś starał się sprzedać legendarny Amber Wujcika, a ja jak najbardziej wyraziłem chęć jego zakupienia, ale jakoś tak wyszło, że wyskakiwaliśmy na miasto i nie mogłem dokończyć transakcji. Po powrocie znalazłem tego jegomościa, ale okazało się że podręcznik został już sprzedany, mimo tego, że miałem go „zaklepanego”. Niby śmieszna rzecz, ale dla nastoletniego kolekcjonera był to poważny cios. Poprzycięgłem wtedy, że już niegdy nie przeoczę ponownie takiej okazji. Bo zdarzyło się to po raz drugi, dwa lata wcześniej nie dograłem kserowania Kultu i paru dodatków na innym konwencie na Pomorzu i również mnie to mocno przybiło.

Mała polska inicjatywa

Przesiadywanie na ircu zaowocowało masą kontaktów z zagranicą. Gadaniem o grach, z ludźmi, którzy w moim mniemaniu mieli dostęp do wszystkiego co się tylko ukazało. Widzieliśmy wolno rozwijającą się scenę skanującą podręczniki – nie było to wiele osób, może około 20 ludzi se skanerami i jakieś 120 którzy tylko ssali. W sumie niewiele w skali światowej a były to czasy prospery. Dziś ten kanał po dwóch czy trzech przeprowadzkach ma okolo 40 użytkowników. Mistrzem świada był koleś, którzy mieszkał w Szwecji, miał żółte papiery i żył z zasiłku państwowego, którego to co miesiąc wydawał na podręczniki. Po przeglądnięciu tego co mieliśmy w naszych zasobach postanowiliśmy również poskanować kilka starszych gier, do których dostęp był ograniczony. Tak powstała EPC CREW (Epic Crew) – w składzie, ja, mój znajomy z osiedla a potem dołączyły jeszcze dwie osoby (jedną z nich był ten Szwed, który po pewnym czasie całkowicie zniknął z radaru, a drugą pewen anglik, z którym utrzymuję kontakt do dziś – bo tak samo kochaliśmy ICEowego MERPa). Po prostu – kilku szczenaków wychowanych na snach o przynależeniu do mitycznej komputerowej „sceny”. A moja kolekcja cały czas rosła (ta cyfrowa o wiele szybciej niż drukowana).

Wyprawa

Po skończeniu liceum i odwalenu jeszcze trzech lat w szkole pomaturalnej i na pierwszym roku studiów, miałem stałą pracę (a co za tym idzie dostęp do podręczników, to były czasy Ars Magicy czwartej educji!) ale praca się skończyła. Po około 6 miesiącach bez perspektyw i bez chęci przeniesienia się do większego miasta, postanowiłem przeprowadzić się za chlebem za ocean.

Nowy Jork to dość poważna zmiana klimatów. Tak się złożyło, że bardzo saczęśliwie upadłem. Język znałem w miarę dobrze (a jakże, dzięki grom fabularnym), o wiele lepiej od moich polskich współpracowników, wydatków za dużo nie miałem – więc ogromne sumy przeznaczałem na zakup tych podręczników, których nie dane mi było doświadczyć jako nastolatkowi. Jechałem po prostu w dół mojej listy zrobionej kilka lat wcześniej bazując na artułach z Mima i katalogu Isy :D

Moja kolekcja rosła, ale życie na drugiej półkuli przebiega troszkę inaczej. Miałem dwie przeprowadzki i muszę powiedzieć, że targanie czterech regałów pełnych książek ze sobą wszędzie gdzie się przenosiłem nie było zbyt pocieszne.

Cały czas uczestniczyłem w scenie skanerskiej, skupiałem się na bardzo starych rzeczach, które nie były powszechnie dostępne, albo były drogie. Przecież miałem masę ekstra funduszy… Jeżeli zassaliście kiedyś dodatek do MERPa, który wyglądał porządnie, to pewnie przeszedł on przez mój skaner. Podobnie z antykami do Ars Magicy. Jak wspominałem – stare czasy. Ale dzięki temu przynajmniej nauczyłem się kapkę o obróbce cyfrowej grafiki – nic nie idzie na marne.

Zdobywałem coraz więcej, coraz to rzadszych podręczników. Kolekcja rosła, a ja nigdy nie byłem zadowolony. Jak prawdziwy kolekcjoner, o wiele większą frajdę miałem z gonienia za podręcznikami na ebayu i z tego, że znalazł się on w mojej kolejcji niż czytania tych białych kruków. Czułem się niemal jak mecenas sztuki, który kupuje malowidło, wiesza je na ścianie a na następny dzień o nim zapomina, bo coś innego już przykuło jego uwagę. Powolutku zacząłem zdawać sobie sprawę z tego że uzależniam się od pogoni za podręcznikami a tłumaczę to sobie byciem prawdziwym fanem i kolekcjonerem. Bo rzekomo tak według mnie miał wygłądać prawdziwy fan – siedzący w piwnicy, otoczony podręcznikami – wieczny niezadowolony czytacz.

Oświecenie

Podczas jednego z moich świątecznych pobytów u rodziny w Polsce w naszym Nowojorskim mieszkaniu przeciekał dach i tak się złożyło że jak wróciłem to dowiedziaęłm się że w moim pokoju było czrety centymetry wody. Moja cała kolekcja do Ars Magicy (ponieważ była na najniższej półce) została zniszczona przez wodę. Był był formatywny moment – zdałem sobie sprawę, że tak na prawdę nie jestem nawet tym faktem zbyt wkurzonny. Odczułem pewną ulgę. Jakieś trzy miesiące po tym wydarzeniu zostałem zmuszony do kolejnej przeprowadzki. Tym razem pomagał mi znajomy, który miał skelpik na ebayu i to jemu zostawiłem trzy czwarte mojej kolekcji (a ten znajomy dziś prowadzi sklep wysyłkowy BWHQ). Dostałem za nią może jedną trzecią tego co zainwestowałem, ale tak dobrze jak po sprzedaniu tej masy makulatury to się dawno już dawno nie czułem. Jakby ktoś mi brzemię z barków zdjął.

Skończyło się również przywożenie ogromnych ilości podręczników zakupionych za pół darmo na konwentach. Pamiętam, że kiedyś wyrwałem cały zestaw do drugiej edycji Blue Planet za 15$, ale okazję jak ta zdarzały się rzadko i głównie był to chłam na przemial nadający się jedynie do palenia w piecu. Jedyny jego walor był taki, że jeszcze go nie miałem na półce. :D

Po tej przeprowadzce czekały mnie w najbliższych latach jeszcze dwie. Pierwsza była do nowego mieszkania gdzie wprowadziałem się z moja przyszłą żoną. Przybyłem z jednym regałem podręczników. Mieszkałem tam 5 lat, i moja kolekcja rozrosła się do dwóch i pół, bo w jakimś momentcie mnie napadło i zacząłem kolekcjonować boxed sety, jak szło. Niewżne do czego, ale głównie do AD&D. Podobnie miałem chwilową obsesję na temat Dark Suna, Birthrighta i Planescape’a, których to do dziś mam prawie pełne bibliografie. Potem przesiadłem się na Forgotten Realms, ale bardzo szybko się opamiętałem bo wykumalem ze zaczynam się ponownie staczac. Czułem sie jak stary heoriniarz, który po latach bycia czystym dostał nową strzykawkę.

Ostatania przeprowadzka zabrała mnie na drugą stronę ulicy i aktualnie mam tylko dwa (niepełne) regały z grami. Jeden z nich ma na sobie te wszystkie boxed sety (na które patrzę z wyrzutem) oraz kolejkcję AD&D, a drugi rzeczy do Harna, troszkę Ars Magicy 5 edycji, dużo małych gier indie i kilka bardzo rzadkich dodatków do Merpa (z których jeden jeszcze czły czas czeka na zeskanowanie :D), Warhammera, kolekcję Warpstonów i cały set Arcane Magazine (nostalgia).

Końcówka

Tak to właśnie wyglądała moja ewolucja od fana, który w notesiku wypisywał jakie gry kiedyś w przyszłości chciałby mieć, przez osobę mającą niepoliczoną masę poręczników – tak wielką że nie była ona w stanie ich wszystkich przeczytać, aż po dzień dzisiejszy – kiedy cały czas uważam, że mam tych gier za wiele, bo nigdy pewnie w nie wszystkie nie zagram a części z niej nie miałem wciąż chwili przeczytać :D

Jaki z tego morał? Nie wiem czy jakiś istnieje, ale na pewno warto powiedzieć, że wszystko co robimy jest fajne w moderacji. Nie ważne czy to hobby czy coś innego. Nie przesadzajcie, nigdy nie będziecie mieli wszystkiego, zawsze będzie ten jeden podręcznik, dodatek, boxed set, którego po prostu nie da się odszukać. A jeżeli go nawet odnajdziecie i zakupicie, to może okazać się, że tak jak w moim przypadku, to przestanie już być celem, bo prawdziwy cel leży tuż za horyzontem i pragniemy tego czego mieć nie możemy.

Możliwe, że warto marzyć, szukać, kolekcjonować i kupować, ale warto również pamiętać o tym co napisałem powyżej, a czego relizacja w moim przypadku zabrała jakieś 12 lat. Czasem granica pomiędzy kolekcjonowaniem a obsesją po prostu się zaciera.

Patrząc z perspektywy czasu, nie powiem, że nie było warto, ta podróż to było dla mnie spełnienie młodzieńczych marzeń, ale nie mam już trzynastu lat, a i obowiążków jakby więcej.

Powiem wam tyle – bez gier fabularnych i ich kolekcjonowania nie byłbym tu gdzie jestem teraz. Nie poznałbym mojego najlepszego przyjaciela i nie pomagałbym mu przez lata opracowwyać i testować jego gier oraz promować ich na konwentach. Nie miałbym szansy na granie co tydzień, lub nawet częściej. Może to zabrzmi zabawnie, ale w wieku prawie lat 35 lat gram więcej i więcej mam frajdy z grania niż jako małolat przed 20 stu laty.

Bez gier fabularncyh nie władał bym tak dobrze językiem angielskim, nie miałbym znajomych na całym świecie, z którymi wciąż utrzymuję kontakty. Nie pojechałbym wielokrotnie na GenCon, Origins czy Pax East aby promować gry, których jestem współautorem i które uwielbiam tworzyć.

I drugi regał z boxed setami oraz AD&D

I drugi regał z boxed setami oraz AD&D

Widzać, że w moim przypadku warto było być szalonym kolekcjonerem, ale to szaleństwo powoli przeminęło, bo przechodząc tą drogę sam zdałem sobie sprawę, że na prawdę nie potrzeba mi 600 książek aby być prawdziwym fanem. Kolekcjonerzy nie zawsze są fanami, bo zatracają się nie w graniu ale w kolekcjonowaniu. Fani tworzą coś czego użyć mogą inni, bezinteresownie – a nie otaczają się setkami książek i uczą się na pamięć regułek czy też faktów z wyimaginowanego świata.

Fani grają i uczą jak grać.

Do bycia fanem potrzebujesz dwóch, może trzech gier, w które lubisz grać i grupę przyjaciół z którymi miło spędzasz czas odwiedzając wymiaginowane światy kilka razy w tygodniu, miesiącu czy roku. Ważne aby grać.

[KB#23] Zanim zagraliście pierwszą sesję

Dorastając w średniej wielkości mieście, które na dobrą miarę było w dość nieciekawej odległości (czytaj nieosiągalnej dla młodego ja) od większych kolebek cywilizacji, moje perspektywy gro-fabularne nie były zbyt różowe. Ale o tym jeszcze nie wiedziałem, bo w tamtych zamierzchłych  czasach nie miałem nawet pojęcia o tym, że takie gry nawet istnieją.

Jedną z pierwszych zakupionych przeze mnie okołofantastycznych produktów była legendarna planszowa Magia i Miecz (polska wersja brytyjskiego Talismana, o czym chyba nikt w tamtych czasach nie wiedział, lub nie chciał wiedzieć). Trafiłem na nią przypadkiem w Składnicy Harcerskiej (dzisiaj już tej sieci sklepów chyba nie ma) podczas poszukiwania kolejnych elementów do mojej makiety z mini kolejkami a do zakupu skłoniłą mnie ilustracja na pudełku. I od tego się zaczęło. Było to jakoś na początku podstawówki (przynajmniej była to prostsza gra od sławetnej Wojny o Pierścień [promowanej w 5-10-15!!!], czy też Bitwy na polach Pelenoru, w które to próbowaliśmy grać za szczeniaka, z niezbyt ciekawymi rezultatami).

Troszkę później w tej samej składnicy zaczęły ukazywać się gry Encore – „Odkrywcy Nowych Światów”, „Gwiezdny Kupiec”, „Labirynt Śmierci”, następnie trafiłem na jedną z pierwszych gier paragrafowych wydanych drukiem – Dreszcz zakupiony, pamiętam w moim osiedlowym kiosku Ruchu – również z powodu odjechanej okładki.

Śmiech się przyznać, ale jedną z pierwszych nabytych przeze mnie (a raczej moją rodzicielkę) książek stricte fantasy była trylogia władcy pierścieni. Znalazłem ją również przypadkiem na kramie (a raczej w dobrze znanym starszym czytelnikom stoisku zwanym „szczękami”) z książkami zlokalizowanym pośrodku bazaru. Po dziś dzień znajduje się w tym miejscu w Koszalinie targowisko ale brak na nim już kramów z książkami. Cała ta historia miejsce miała w czasach ogólnego super boomu na tak zwaną „prywaciarę”,gdzie każdy, kto tylko mógł był biznesmenem z własnym kramem. Nawet w dzisiejszych czasach – kiedy wracam do mojego rodzinnego miasta można na tym bazarze zakupić marchewkę, miód czy też pieczarki od tak zwanego rolnika, książek już tam się nie uświadczy. Cóż, czasy się zmieniły.

Wracając jednak do dzieł Tolkiena – Władca Pierścieni, było to wydanie Czytelnika / CiA Books w miękkiej okładce z niezwykle lichym klejem, które to po pierwszym otworzeniu traciło wszystkie strony z dodatku na końcu książki :D. Warto dodać (za punktów kilka lansu, że jak najbardziej pozycja ta była w tłumaczeniu Skibniewskiej). Nabyłem ją ponownie z powodu odjechanych ilustracji na okładkach! Nie przeczytałem tej trylogii, aż do czasu szkoły średniej. Mam oczywiście wymówkę – w tamtych czasach miałem maksymalne jazdy na Lovecrafta i Poego, rok później odkryłem Conana (pamiętacie te wydania trzydziestu kilku tomów w twardych oprawach z Rebisu? Gdzie jedynie dwa lub trzy pierwsze były autorstwa Howarda?) i doskonały dwutomowy zbiór Sword & Soecery pod tytułem – Barbarzyńcy. Tak zaczęła się moja przygoda z literaturą fantasy. Mocno macho, że tak powiem – wiecie samotny barbarzyńca przeciwko całemu światowi. Patrząc z perspektywy lat, przyznaję że 99% opowiadań zawartych w tym Rebisowskim cyklu o Conanie to tandeta i kopie innych, o wiele lepiej napisanych historii autorów których dane mi było przeczytać kilka lat później. Ale chociaż dzięki niej poznałem Roberta Jordana, który był autorem jednego albo i dwóch tomów, ale to opowieść na inną okazję. Później przyszła pora na Diunę Herberta w wydaniu jak się nie mylę Phantom Press i sprawy potoczyły się z górki.

W szkole podstawowej około klasy 6 czy też 7, mój dobry kumpel z osiedla – Wojtek przedstawił mnie kolejnemu gościowi, Rafałowi uczęszczającemu do naszej szkoły podstawowej, który miał podobne do nas zainteresowania muzyczne (metal!). Rafał miał również komputer Amiga, na którym graliśmy godzinami wspólnie w takie cuda jak Black Crypt, Eye of the Beholder, Dungeon Master czy też goldboxowe serie z SSI.

W tamtym okresie  zaczynał ukazywać się magazyn Magia i Miecz. Dzięki Magii i Mieczowi Rafał poznał w autobusie Maćka, który następnie przedstawił nas swojemu kręgowi znajomych i tak to się mniej więcej zaczęło moje granie na Krynnie. Kampania była prowadzona przez  jak mnie pamięć nie myli przyszłego szefa sekcji gier fabularnych w GKF’ie – Piotra.

Pierwszą sesję w Kryształy czasu zagrałem u Rafała, po tym jak przeprowadził się na drugą stronę miasta i aby dotrzeć do jego domu trzeba było po opuszczeniu autobusu na końcowej pętli przez około dwa kilometry na piechotę iść przez błotniste i nieoświetlone drogi. Ale warto było. Pamiętam, że była to przygoda ze statkiem opublikowana w jednym z pierwszych numerów Labiryntu. Śmieszna sprawa w Warhammera, który jest chyba jedną z najbardziej popularnych systemów w Polsce, od którego zaczynała siła ludzi graliśmy najmniej. KCty (wersja drukowana na igłówce z Amigowego zinu Necronomicon), Zew Cthulhu, AD&D oraz Gurps to był nasz chleb powszedni.

Po roku Piotr na stałe przeniósł się do Gdańska, nasza Krynnowska załoga powolutku się rozsypała, a my zaczęliśmy grać bardziej regularnie w naszym „młodszym” gronie. Udało mi się nawet założyć wraz z Maćkiem w klubie osiedlowym sekcję aka klub fantastyki, w którym to naprawdę miło spędzało się czas. Dzięki temu klubowi poznałem nie tylko masę nowych ludzi grających w naszym mieście, których normalnie nie dane by było mi dane poznać, ale również dzięki temu klubowi udało nam się wiele osób wprowadzić do naszego hobby. Zorganizowaliśmy nawet mini konwent :D

W sumie na za jedną z najlepszych rzeczy, które mi się przytrafiła dzięki grom fabularnym uważam przyjaźnie, które przetrwały następnie lata. Zarówno w internecie jak i poza nim. Plus dzięki nim nauczyłem się w miarę dobrze czytać po angielsku ;)

Na koniec chcę podziękować członkom naszej koszalińskiej, oldskullowej załogi: Piotrowi, Hrabiemu (RIP), Hliqowi, RAJowi, Covalowi, Gajosowi, Potasowi, Adahowi, Smolinowi, Dhaerowowi, Aniołowi, Grześkowi i Arturowi za ponad dziesięć lat wspaniałych wspomnień, które są ze mną do dziś.

I pora podziękować jeszcze Sejiemu, bo bez niego i jego tematu na Karnawał nie przypomniałbym sobie o Smolinie i sesji w Warha, którą prowadził z płonącymi przy ognisku zombie-krasnoludami.