Hoard of the Dragon Queen [5e]


Mam za sobą pierwszą sesję piątej edycji DnD. Graliśmy w Hoard of the Dragon Queen. Ale zanim napiszę o przygodzie, kilka uwag na temat nowej edycji.

Graliśmy w piątkę – czwórka graczy i MG (DM?). Dwójka z nasz przynosła gotowe postacie, druga dwójka tworzyła je przed samą sesją. Przeczytałem darmowe zasady v2 jedynie raz i zdecydowałem się na krasnoludzkiego wojownika.

Darmowa broszukra z zadadami tworzenia postaci i podstawami gry, jest niezwykle przystępna. Tworzenie postaci zabrało mi około 45 minut, ale, jak wspominałem, wiedziałem czego chciałem i całkowicie zignorowałem opcje dostępne innym rasom oraz klasom. Dodatkowo, nie zaprzątałem sobie głowy multiklasowością oraz Featami (których i tak w darmowych materiałach nie ma).

Losowanie statystyk – to dobrze znany rzut 4k6, gdzie odrzycamy najniższy wynik i sumujemy resztę. Istnieje oczywiście również tworzenie postaci przez kupywanie statystyk za punkty a w podręczniu gracz, jeżeli się mylę, znajduje sie jeszcze kilka innych opcji.

Kolejność rzutów nie jest ważna – wszystko rozkładamuy jak nam się podoba. Żadna z klas zjandująca sie w darmowych zasadach (Fighter, Cleric, Rouge, Wizard) nie posiada wartości minimalnych, które musimy posiadać, aby nią grać. Doatkowo sam wybór rasy oraz klasy zajmuje tyle czasu ile potrzeba nam będzie na przeczytanie ich opisów.

Ludzie są optymalnym wyborem, gdyż posiadają bonus prawie do każdej ze statystyk. Ich ułomnością jest brak widzenia w półmroku (przynajmniej porównujac ich do innych dostępnych ras). Ciekawe. Dodatkowo, w Podręczniku Gracza można dostać inne jeszcze ciekawsze templatki dla ludzi z różnych rejonów Forgotten Realms, ale nie zagłębiałem się w nie.

Kolejna ciekawostka – autorzy dają nam opcję „quick build” przy każdym kroku, która naświetla najbardzie optymalne wybory, jeszcze bardzie upraszczając cały proces. Mnie okropnie podpasowała mini lista wyborów ekwipunku, gdzie dostajemy listę dwóch opcji – na przykład: chain mail lub leather armor and 20 arrows; albo a martial weapon and a shield lub two martial weapons. Obcina to masę czasu, którą szczególnie początkujący grecze spędzając wertując listę ekwipunku, ceny i porówjują opcje z posiadanymi przez siebie zasomami monetarnymi. Oczywiście jeżli chcecie rzucać na fundusze i kupować wszystko samemu, macie również taką opcję.

Mój wojownik nie miał zbyt wielu wyborów podczas samego procesu tworzenia postaci (krasnolud góski czy żlebowy ;)), ale udało mi się rzucając na statystyki oraz używając bonusów od rasy i klasy wycisnąc następujące statystyki:

Strength:19
Dexterity: 10
Constitution: 18
Intelligence: 13
Wisdom: 10
Charisma: 15

Widać że system – rzuć czterema kośćmi i zachowaj najwyższe wyniki – tworzy na prawdę potężne (lub może lepszym określeniem było by „wyspecjalizowane”) startowe postacie. Do tego nie mamy rzutów na startowe HP, dostajemy maksymakny wynik na kości plus bonus z Constitution. Dorzucając do tego Stat Increase przy wejściu na poziom 3, już nie długo mój krasnal będźe praradować z Strength 20.

Rzeczy nowe (dla mnie):

Tło postaci to w skrócie historia postaci, któej nie piszemy tylko wybieramy i dzęki kilkoma dodatkowym rzutom, polerujemy. Tło jest niezależne od klasy i pozwala nam na poszerzenie ilości umiejętności posiadanych przez naszą postać oraz doanie Personality Traitów, Ideałów, Więzi oraz Wad do postaci (wszystkie wymienione powyżej charakterystyki nie są jedynie kolorem, odgrywanie ich pozwala na uzyskanie specjalnej, tak zwanego punktu inspiracji od MG, któty to z koleji pozwala na modyfikowanie rzutów). Przykładowe tła to: Akolita, Rzezimieszek (Criminal), Bohater Ludu (Folk Hero, prawie jak Janosik), Szlachcic, Uczony oraz Żołnierz. Bardzo fajna sprawa, szczególnie biorąć pod uwagę Więzi, które to maja osadzić postać w settingu, gdzie będzie się toczyła gra. To o czym piszę powyżej, to nic nowego dla tych, którzy śledzą rozwój gier fabularnych, ale bardzo fajnie zobaczyć najpopularniejszą grę fabularną na świecie powolutku adaptującą te rozwiązania i wrzucającą je do mainstreamu.

Ujednolicenie Advantage / Disadvantage. Nareszcie, nie będziemu już odejmować jakiejś masy cyfer. Po prostu teraz jak mamu przewagę to rzucamy 2k20 wybierając wyższy wynik, w przeciwnym wypadku, również rzucamy dwoma kośćmi i wybieramy wynik mniejszy. Super proste.

To na razie to tyle. Nasza przygoda (zapewne niektórzy z czytających bedą w nią grali, więc nie będę jej spoilerować) była dość standardowa. Kilka utarczek z koboldami, kultystami. Mała misja na boku. Zwiedzenie niewielkich podziemi, ratowanie niewinnych z rąk zła. Troszkę interakcji z NPCami. Ogólnie całkiem pozytywne wrażenia. Czekam na ciąg dalszy.

Wrażenia po samej grze

  • Wychodzi na to, że AC nie będzie rosło do niebotycznych cyfer i nawet początkujące postacie są w stanie trafić potężne istoty (modyfikator do trafienia mojego wojownijka wynosi +6, więc teoretycznie mogę trafić przeciwnika z AC 26 lub mniej).
  • Potwory biją mocno, ale nie maja wysokich HPków.
  • Postacie są o wiele potężniejsze od tego do czego przywykłem grając w oDnD oraz posiadają o wiele więcej opcji do dyspozycji, zarówno podczas tworzenia postaci oraz samej gry. Pierwszopoziomowcy są nawet w stanie atakować po dwa razy na rundę, nie przez cały czas, ale to zawsze coś co może uratować poszukiwaczom przygód tyłki.
  • Drugi poziom osiąga się po 300 punktach doświadczenia, trzeci po 900. My zakończyliśmy sesję z 390. Prawie za szybko, chociaż od poziomy trzeciego zaczynają się schoty (2.700), ale w tym momencie dostaniemy już dodatkowy punkt do statystyk, więc nie będzie tak źle ;)
  • Wszsytkie klasy mają takie same wymogi co do wchodzenia na poziomy doświadczenia! Nareszcie! (Przynajmniej te dostępne w darmowej wersji zasad).
  • Szkoda, że niektóre z umiejętności są niezwykle mętnie wytłumaczone. Szczególnie Investigation vs Perception. Wychodzi na to że do spostrzerzenia pułapek czy też ukrytych drzwi używamy Investigation (bazującego na Intelligence), a Perception (Wisdom) do zauważana bardziej oczywistych reczy, jak na przykład zasadzki orków, czy też podłuchiwania pod drzwiami.

To na razie na tyle. Ogólnie – bardzo przyjamnie się grało. Nie jesteśmy jeszcze nawykli do używania Charakterystyk naszych postaci i czerpania korzyści z pozyskanych przez nie punktów inspiracji. Wszystko w swoim czasie.

Archiwum Magii i Miecza (i nie tylko!) dostępne na sieci

Nareszcie, Ci z was, którzy do naszego hobby dołączyli po tym jak MiM zniknęła z rynku będą w stanie zobaczyć co ich ominęło (prawdopodobnie niewiele :D).

Jasne że większość z artykułów trąci troszkę myszką, ale według mnie to świetne przedsięwzięcie.

Jakby tego było mało Złoty Smok, Labirynt i Fanziny! są również dostępne do pobrania.

Czytania na przynajmniej miesiąc.

PS. Podzięki za info lecą do Karola Litwińczuka

KB# 51 Ewolucja

Ja chciałbym ponudzić was o mojej ewolucji jako ewolucji od fana do kolekcjonera i z powrotem do fana.

Moja meblościanka

Moja meblościanka

Początki

Końcówka szkoły podstawowej, brak jakichkolwiek funduszy, „kieszkonkowe” którego nie starczało na nic innego niż słodycze…  Dla świeżo upieczonego fana gier fabularnych w post-komunistycznej Polsce przyszłość nie wyglądała różowo.

Moja pierwsza grupa RPGowych znajomych składała się z jednego rówieśnika, z którym uczęszczałem wspólnie do podstawówki, reszta była od nas starsza, o wiele starsza. Granie lub nawet kolegoewanie się ze „starszymi”, co jak zapewne pamiętacie w czasach szkoły podstawowej lub nawet na początku średniej, było dość traumatycznym konceptem. Nawet ludzi starszych od nas o rok uważało się wtedy za dorosłych, a rok różnicy to prawie jak kanion nie do przeskoczenia.

Materiałów nie mieliśmy wiele. Graliśmy w Kryształy Czasu, wydrukowane przez znajomego na igłówce z wersji krążącej wtedy na Amigowych dyskietkach. Inny znajomy, który utrzymywał kontakty z trójmiastem miał podręczniki do drugiej edycji DnD – skserowane. To kserowało się ksera i graliśmy w Dragonlance. Chodziły słuchy o „tłumaczeniu klubowym” Warhammera, ale nikt tego na oczy nie widział. Kilka lat później dane mi było grać u pana, który takowe posiadał na własność, a było to na konwencie w Złotowie…

Dzisiaj mamy Rebela i zapewne jeszcze kilka innych miejsc w sieci gdzie bez problemu możecie zaopatrzyć się przynajmniej w kilka obcojęzycznych gier. W zamierzchłych czasach była księgarnia wysyłkowa ISA i ona to rozprowadzala pocztą na żądanie katalog z ofertą wydrukowany na igłówce. Oczywście wszystkie ceny w tym katalogu wydawały się nam wzięte z kosmosu, ale nie przeszkadzało nam to w robieniu list tego, co kiedy już będziemy dorośli i będziemy mieli jakieś pieniądze to sobie kupimy i w co będzimy grać – po wsze czasy. Pamiętam, że figurki do gier bitewnych były w nim wymieszane z podręcznikami do RPG i nic nie było w nim  jasno opisane. Inne czasy inne podejście, na bezrybiu i rak ryba. Życie fana (mnie), który od najmłodszych lat miał ambicje zostania kolekcjonerem gier na prowincji w naszym kraju nie zapowiadało się ciekawe.

Jakoś tak się złożyło, że za młodu wiele w Warhammera i inne wydane w Polsce gry nie grałem i materiałów do nich nie kolekcjonowałem. Ba, nie było mnie stać na zakup młotka, a pamiętam reklamy w Magii i Mieczu oraz rozległy opis samej gry w jednym z wczesnych numerów. Podobnie było z AD&D oraz listą rzeczy do tego systemu opublikowanych przez TSR również w którymś tam z wczesnych numerów Magii i Miecza. Ta lista zajmowała chyba z dwie strony. Jedyny skutek jaki miały na mnie te aktykuły – było dodanie dodatkowych punktów do listy gier, które zamierzałem zdobyc w przyszłości. Siadało się ze znajomymi i gdybało nad tym co znajduje się w środku i co może być najciekawszą pozycją w katalogu. NIe mogliśmy pojąc jak do AD&D może być naście dostępnych settingów, przecież nikt nie byłby w stanie tego kupić. Przynajmniej nikt kto miał 13 lat i mieszkał w Polsce.

Poszczęściło mi się w drugiej klasie liceum i wakacje spędziłem w USA. W czasach przed internetowych moje informacje na temat sklepów z grami RPG były okropnie nikłe. Udało mi się znaleźć w jednej z księgarni brytyjskie pismo RPG Arcane i kilka podręczników, głównie do DnD. Kilka wypadów do innych księgarni zaowocowało tym, że tego roku wróciłem ze stanów z GURPS’em trzecią edycją oraz Earthdawnem (chyba dwa lub trzy lata przed jego polską edycją). I tak zaczęły się zalążki mojej kolekcji.

Start

Pod koniec drugiej klasy liceum udało mi się załapać na płatny staż w lokalnej bibliotece. Wynagrodzenie za mój czas nie było nadzwyczajne, ale za kilka godzin tygodniowo, pod koniec miesiąca uzbierało się wystarczająco grosza na jakiś podręcznik. Dzięki znajomemu, który miał kartę kredytową udało się sprowadzić z Anglii (z Leisure Games, które po dziś dzień istnieje i ma się dobrze) Palladium Fantasy RPG oraz Pandragona. Jako, że internet cały czas w tamtych czasach kulał i był niebywale drogi (przyanjmniej w Koszalinie – czasy przed neostradą) moje badania na temat tego co warto kupić przeprowadzałem bazując na recenzjach zawartych w trzech numerach Arcane, które udało mi sie zakupić podczas wspomnianego wcześniej wyjazdu do Stanów.

Palladium Fantasy RPG okazało się okropną kichą, ale Pendragon to było już coś. Gdzieś w tamtym okresie ukazała się ta sławetna recenzja Gemini w MiMie i również udało mi się ten system wraz z dodatkiem z Anglii sprowadzić. Moja prywatna biblioteczka powolutku się rozrastała.

Dwa kolejne lata to rozbudowa mojej skromnej kolekcji o jakieś zachodnie dodatki do Earthdawna, ksera na konwentach, ale również otworzenie mojego świata na IRC i kanały, które rozpowszechniały skanowane PDFy gier fabularnych.

Jak to prawdziwy kolekcjoner – nieważne jakie i jak rzadkie rzeczy udało mi się pozyskać albo skserować – człowiek zawsze chciał mieć więcej. Więc ściągaliśmy masę rzeczy z sieci. Tak się złożyło że w tamtym czasie jakoś granie ze znajomymi przygasło – masa ludzi wyjechała na studia i grało się dużo w kolekcjonerskie gry karciane i w bitewniaki.

W liceum pamiętam również mój pobyt na konwencie Kapitularz w Łodzi, gdzie ktoś starał się sprzedać legendarny Amber Wujcika, a ja jak najbardziej wyraziłem chęć jego zakupienia, ale jakoś tak wyszło, że wyskakiwaliśmy na miasto i nie mogłem dokończyć transakcji. Po powrocie znalazłem tego jegomościa, ale okazało się że podręcznik został już sprzedany, mimo tego, że miałem go „zaklepanego”. Niby śmieszna rzecz, ale dla nastoletniego kolekcjonera był to poważny cios. Poprzycięgłem wtedy, że już niegdy nie przeoczę ponownie takiej okazji. Bo zdarzyło się to po raz drugi, dwa lata wcześniej nie dograłem kserowania Kultu i paru dodatków na innym konwencie na Pomorzu i również mnie to mocno przybiło.

Mała polska inicjatywa

Przesiadywanie na ircu zaowocowało masą kontaktów z zagranicą. Gadaniem o grach, z ludźmi, którzy w moim mniemaniu mieli dostęp do wszystkiego co się tylko ukazało. Widzieliśmy wolno rozwijającą się scenę skanującą podręczniki – nie było to wiele osób, może około 20 ludzi se skanerami i jakieś 120 którzy tylko ssali. W sumie niewiele w skali światowej a były to czasy prospery. Dziś ten kanał po dwóch czy trzech przeprowadzkach ma okolo 40 użytkowników. Mistrzem świada był koleś, którzy mieszkał w Szwecji, miał żółte papiery i żył z zasiłku państwowego, którego to co miesiąc wydawał na podręczniki. Po przeglądnięciu tego co mieliśmy w naszych zasobach postanowiliśmy również poskanować kilka starszych gier, do których dostęp był ograniczony. Tak powstała EPC CREW (Epic Crew) – w składzie, ja, mój znajomy z osiedla a potem dołączyły jeszcze dwie osoby (jedną z nich był ten Szwed, który po pewnym czasie całkowicie zniknął z radaru, a drugą pewen anglik, z którym utrzymuję kontakt do dziś – bo tak samo kochaliśmy ICEowego MERPa). Po prostu – kilku szczenaków wychowanych na snach o przynależeniu do mitycznej komputerowej „sceny”. A moja kolekcja cały czas rosła (ta cyfrowa o wiele szybciej niż drukowana).

Wyprawa

Po skończeniu liceum i odwalenu jeszcze trzech lat w szkole pomaturalnej i na pierwszym roku studiów, miałem stałą pracę (a co za tym idzie dostęp do podręczników, to były czasy Ars Magicy czwartej educji!) ale praca się skończyła. Po około 6 miesiącach bez perspektyw i bez chęci przeniesienia się do większego miasta, postanowiłem przeprowadzić się za chlebem za ocean.

Nowy Jork to dość poważna zmiana klimatów. Tak się złożyło, że bardzo saczęśliwie upadłem. Język znałem w miarę dobrze (a jakże, dzięki grom fabularnym), o wiele lepiej od moich polskich współpracowników, wydatków za dużo nie miałem – więc ogromne sumy przeznaczałem na zakup tych podręczników, których nie dane mi było doświadczyć jako nastolatkowi. Jechałem po prostu w dół mojej listy zrobionej kilka lat wcześniej bazując na artułach z Mima i katalogu Isy :D

Moja kolekcja rosła, ale życie na drugiej półkuli przebiega troszkę inaczej. Miałem dwie przeprowadzki i muszę powiedzieć, że targanie czterech regałów pełnych książek ze sobą wszędzie gdzie się przenosiłem nie było zbyt pocieszne.

Cały czas uczestniczyłem w scenie skanerskiej, skupiałem się na bardzo starych rzeczach, które nie były powszechnie dostępne, albo były drogie. Przecież miałem masę ekstra funduszy… Jeżeli zassaliście kiedyś dodatek do MERPa, który wyglądał porządnie, to pewnie przeszedł on przez mój skaner. Podobnie z antykami do Ars Magicy. Jak wspominałem – stare czasy. Ale dzięki temu przynajmniej nauczyłem się kapkę o obróbce cyfrowej grafiki – nic nie idzie na marne.

Zdobywałem coraz więcej, coraz to rzadszych podręczników. Kolekcja rosła, a ja nigdy nie byłem zadowolony. Jak prawdziwy kolekcjoner, o wiele większą frajdę miałem z gonienia za podręcznikami na ebayu i z tego, że znalazł się on w mojej kolejcji niż czytania tych białych kruków. Czułem się niemal jak mecenas sztuki, który kupuje malowidło, wiesza je na ścianie a na następny dzień o nim zapomina, bo coś innego już przykuło jego uwagę. Powolutku zacząłem zdawać sobie sprawę z tego że uzależniam się od pogoni za podręcznikami a tłumaczę to sobie byciem prawdziwym fanem i kolekcjonerem. Bo rzekomo tak według mnie miał wygłądać prawdziwy fan – siedzący w piwnicy, otoczony podręcznikami – wieczny niezadowolony czytacz.

Oświecenie

Podczas jednego z moich świątecznych pobytów u rodziny w Polsce w naszym Nowojorskim mieszkaniu przeciekał dach i tak się złożyło że jak wróciłem to dowiedziaęłm się że w moim pokoju było czrety centymetry wody. Moja cała kolekcja do Ars Magicy (ponieważ była na najniższej półce) została zniszczona przez wodę. Był był formatywny moment – zdałem sobie sprawę, że tak na prawdę nie jestem nawet tym faktem zbyt wkurzonny. Odczułem pewną ulgę. Jakieś trzy miesiące po tym wydarzeniu zostałem zmuszony do kolejnej przeprowadzki. Tym razem pomagał mi znajomy, który miał skelpik na ebayu i to jemu zostawiłem trzy czwarte mojej kolekcji (a ten znajomy dziś prowadzi sklep wysyłkowy BWHQ). Dostałem za nią może jedną trzecią tego co zainwestowałem, ale tak dobrze jak po sprzedaniu tej masy makulatury to się dawno już dawno nie czułem. Jakby ktoś mi brzemię z barków zdjął.

Skończyło się również przywożenie ogromnych ilości podręczników zakupionych za pół darmo na konwentach. Pamiętam, że kiedyś wyrwałem cały zestaw do drugiej edycji Blue Planet za 15$, ale okazję jak ta zdarzały się rzadko i głównie był to chłam na przemial nadający się jedynie do palenia w piecu. Jedyny jego walor był taki, że jeszcze go nie miałem na półce. :D

Po tej przeprowadzce czekały mnie w najbliższych latach jeszcze dwie. Pierwsza była do nowego mieszkania gdzie wprowadziałem się z moja przyszłą żoną. Przybyłem z jednym regałem podręczników. Mieszkałem tam 5 lat, i moja kolekcja rozrosła się do dwóch i pół, bo w jakimś momentcie mnie napadło i zacząłem kolekcjonować boxed sety, jak szło. Niewżne do czego, ale głównie do AD&D. Podobnie miałem chwilową obsesję na temat Dark Suna, Birthrighta i Planescape’a, których to do dziś mam prawie pełne bibliografie. Potem przesiadłem się na Forgotten Realms, ale bardzo szybko się opamiętałem bo wykumalem ze zaczynam się ponownie staczac. Czułem sie jak stary heoriniarz, który po latach bycia czystym dostał nową strzykawkę.

Ostatania przeprowadzka zabrała mnie na drugą stronę ulicy i aktualnie mam tylko dwa (niepełne) regały z grami. Jeden z nich ma na sobie te wszystkie boxed sety (na które patrzę z wyrzutem) oraz kolejkcję AD&D, a drugi rzeczy do Harna, troszkę Ars Magicy 5 edycji, dużo małych gier indie i kilka bardzo rzadkich dodatków do Merpa (z których jeden jeszcze czły czas czeka na zeskanowanie :D), Warhammera, kolekcję Warpstonów i cały set Arcane Magazine (nostalgia).

Końcówka

Tak to właśnie wyglądała moja ewolucja od fana, który w notesiku wypisywał jakie gry kiedyś w przyszłości chciałby mieć, przez osobę mającą niepoliczoną masę poręczników – tak wielką że nie była ona w stanie ich wszystkich przeczytać, aż po dzień dzisiejszy – kiedy cały czas uważam, że mam tych gier za wiele, bo nigdy pewnie w nie wszystkie nie zagram a części z niej nie miałem wciąż chwili przeczytać :D

Jaki z tego morał? Nie wiem czy jakiś istnieje, ale na pewno warto powiedzieć, że wszystko co robimy jest fajne w moderacji. Nie ważne czy to hobby czy coś innego. Nie przesadzajcie, nigdy nie będziecie mieli wszystkiego, zawsze będzie ten jeden podręcznik, dodatek, boxed set, którego po prostu nie da się odszukać. A jeżeli go nawet odnajdziecie i zakupicie, to może okazać się, że tak jak w moim przypadku, to przestanie już być celem, bo prawdziwy cel leży tuż za horyzontem i pragniemy tego czego mieć nie możemy.

Możliwe, że warto marzyć, szukać, kolekcjonować i kupować, ale warto również pamiętać o tym co napisałem powyżej, a czego relizacja w moim przypadku zabrała jakieś 12 lat. Czasem granica pomiędzy kolekcjonowaniem a obsesją po prostu się zaciera.

Patrząc z perspektywy czasu, nie powiem, że nie było warto, ta podróż to było dla mnie spełnienie młodzieńczych marzeń, ale nie mam już trzynastu lat, a i obowiążków jakby więcej.

Powiem wam tyle – bez gier fabularnych i ich kolekcjonowania nie byłbym tu gdzie jestem teraz. Nie poznałbym mojego najlepszego przyjaciela i nie pomagałbym mu przez lata opracowwyać i testować jego gier oraz promować ich na konwentach. Nie miałbym szansy na granie co tydzień, lub nawet częściej. Może to zabrzmi zabawnie, ale w wieku prawie lat 35 lat gram więcej i więcej mam frajdy z grania niż jako małolat przed 20 stu laty.

Bez gier fabularncyh nie władał bym tak dobrze językiem angielskim, nie miałbym znajomych na całym świecie, z którymi wciąż utrzymuję kontakty. Nie pojechałbym wielokrotnie na GenCon, Origins czy Pax East aby promować gry, których jestem współautorem i które uwielbiam tworzyć.

I drugi regał z boxed setami oraz AD&D

I drugi regał z boxed setami oraz AD&D

Widzać, że w moim przypadku warto było być szalonym kolekcjonerem, ale to szaleństwo powoli przeminęło, bo przechodząc tą drogę sam zdałem sobie sprawę, że na prawdę nie potrzeba mi 600 książek aby być prawdziwym fanem. Kolekcjonerzy nie zawsze są fanami, bo zatracają się nie w graniu ale w kolekcjonowaniu. Fani tworzą coś czego użyć mogą inni, bezinteresownie – a nie otaczają się setkami książek i uczą się na pamięć regułek czy też faktów z wyimaginowanego świata.

Fani grają i uczą jak grać.

Do bycia fanem potrzebujesz dwóch, może trzech gier, w które lubisz grać i grupę przyjaciół z którymi miło spędzasz czas odwiedzając wymiaginowane światy kilka razy w tygodniu, miesiącu czy roku. Ważne aby grać.

KB #50 Altruistyczna publicystyka.

Nie zamierzam pisać o tym jakiej publicystyki potrzebujemy, bo każda publicystyka jest dobra, a koncertem życzeń zajęli się inni uczestnicy tej edycji karnawału. Ja chcę pisać o ludziach, którzy publicystykę (jakakolwiek byłaby jej definicja) twożyli, tworzą lub tez będą tworzyć.

W czasach złotego wieku naszego hobby, czasach Magii i Miecza, Portalu, polskiej edycji Warhammera. W czasach kiedy prawie rok w rok ukazywał się przetłumaczony system zachodni, wychodziły dodatki „wielcy” pisali aktykuły i recenzje – które to my, młodziki z zapartym tchem czytalśimy, chloneliśmy i dzieki nim wyrabialśmy sobie gust. Do dzisiaj pamiętam numery tematyczne – ten o Horrorze, albo jeden z tych późniejszych, małoformatowych, w którym ukazała się recenzja Gemini, jak się nam zdawało nowoczesnego Warhammera..

To było jak sen, który nigdy nie miał prawa się skończyć. Do dziś nie mogę uwierzyć, że MiM przetrwał na rynku ponad dziewięć lat. 103 numery.

Pierwsza generacja poslkich graczy i propagatorów naszego hobby, która założyła magazyny, przekładała i publikowała zachodnie gry, czytała sporadyczne artykułu w Razem czy też w Fantastyce, organizowała pierwsze konwenty, zloty, przekładała gry we własnych klubach i ogólnie wniosła ogromny wkład w popularyzacje gier fabularnych w maszum kraju – usunęła się dziś w cień. Ich publicystyka przeszła do historii i za razem pokazała nam jak powinno się pisać treściwe artykuły (możliwe, że nie były one zbyt treściwe, a na pewno nie doskonałe, bo pamiętajmy, że większośc z autorów była albo w liceach albo na studiach).

Generacja druga, wychowana na MiMach, Portalu czy też Złotym Smoku w „starych dobrych czasach”, której dane było doświadczyć życia w złotym wieku, a może nawet i publikacji na łamach tych mitycznych prawie magazynów – powolutku się wykrusza. Pozostało z nej dzisiaj jedynie garstka osób. Publikują w internecie. Czy grają regularnie nie mam prawdę mówiąc pojęcia, ale cały czas dokładają jakieś klocki do naszego hobby i za to im chwała. Czasem tylko trochę przykro, że cześć z nich zatrzymała się w późnych latach dziewięćdziesiątych i tylko o tym piszą, ale zapewne i takich autorów nam potrzeba. Im szersze horyzonty tego w czym możemy przebierać tym lepiej.

Generacja trzecia, która załapała się na końcówkę MiMa i początki internetowych społeczności kręcących się wokoło gier fabularnych cały czas trzyma się mocno. Według mnie ta grupa ludzi jest najbardziej produktywną częścią naszego małego poletka. Szkoda tylko, ze zapał tej grupy jest najczęściej marnowany na niekończące się argumenty w sieci, ale co mi tam sądzić, prawdopodobnie i to czegoś tam dokłada z publicystycznego punktu widzenia. Może to po prostu taki obrzęd przejścia, po którym następuje zmęczenie materiału i reewaluacja swoich priorytetów. Ja przeszedłem coś takiego około dziesięciu lat temu w gigantycznym flejmie na forum Poltera, który „wygrałem” po kilkudziesięciu stronach postów. Czy zwycięstwo przyniosło satysfakcję? Bardzo krótką, ale to doświadczenie uświadomiło mi, że nie warto na argumenty marnować życia. Gdybym tak się nie zagłebiał w tą pyskówkę zapewne mógłbym spożytkować energię na napisanie przynajmniej jednego ciekawego tekstu.

Generacja czwarta naszych krajowyh graczy oraz graczek, to ludzie, którzy nie dorastali z drukowanym miesięcznikiem, a mająca jedynie za tło i odnośnię naszą polską i zachodnią sieć. Powolutku dojrzewa. U nich najbardziej cenię zapał i chęć eksperymentowania. To oni próbuja nowych rozwiązań i gier niezależnych. To ich widzę rozmawiajacych na Google+ z autorami zza oceanu (i muszę przyznać, że trochę się dumny z tego powodu czuję, ale to głownie zaleta tej platformy społecznościowej, na której prawie każdy z „wielkich designerów gier fabularnych” jest na wyciągnięcie ręki). To oni są spragnieni wiedzy. To doskonale znają język angielski – dzęki czemu moga przebierać w nieskończonej gamie publikacji oraz gier. Ale oni również są marginalizowani przez graczy z generacji wcześniejszych i to boli.

I zapewne już istniejąca piąta generacja najnowszych faów i faneki. Ich wpisy mogą wydawać się naiwne, niezbyt odkrywcze lub po prostu wtórne, ale pamiętajmy – wy tez gdzieś zaczynaliście i warto tym ludziom pomóc, gdyż jedynie w ten sposób nasze hobby będzie miało jakąkolwiek szansę na rozwój. Zastój nie służy nikomu.

W tym miejscu muszę przyznać, że od czasu zamkniecia MiMa niewiele się przez te lata publicystycznie z mojego punktu widzenia zmieniło. Po prostu wychodzi na to, że aby można było publicystykę uprawiać – trzeba mieć jakaś centralną platformę.

Problem pierwszy: Wydaje mi się, że zatraciliśmy się w technologii. Skacząc z przysłowiowego kwiatka na kwiatek. Fora, serwisy, blogi. Dostajemy coraz to łatwiejsze w obsłudze narzedzia, wszsytko za darmo, ale efektów pod postacią poprawy sytuacji w naszym grajdołku jako takich nie widać (a możliwe, że ja ich po prostu nie zauważam).

Problem drugi: Publikowanie przestało być ezoteryczną domeną, kiedyś trzeba było albo znać ludzi i dostać rekomendację, albo po prostu mieć dostęp do sieci i kapkę talentu. Jak widać doskonale dzisaj – prostota publikacji nie pomaga w jakości, perła trafi się od czasu do czasu, ale brak na prawdę takich miejsc w naszej fanowskiej sieci gdzie trafiając można zatracić się na dzień, dwa czytając i nie nudząc się. I tutaj wraca problem scentralizowanej platformy – a mianowicie brak możliwości sięgnięcia do fanów. Coś co portale obiecywały, ale te obietnice nidgy się nie spełniły.

Tak własnie widziałm mój pobyt przez kilka lat w redakcji na Polterze – jako pogoń za nową scentralizowaną platformą, która ma za zadanie zjednać graczy i graczki wszystkich maści. Niestety wyszło tak, jak prawie z każdą inicjatywa fanowską – zapał przemija i ciężko się jest zmobilizować bez niego do pracy.

Problem trzeci: Jakość. W czasach drukowanych magazynów za jakość odpowiadał redaktor, to on selekcjonował i wybierał teksty i wysyłał je do druku. Z blogami, bo to one aktyualnie są najpopularniejszą formą ekspresji naszych rodzimych fanów i fanek gier fabularnych nie jest już tak łatwo. Wystarczy spojrzeć na kilkanaście pierwszych wpisów na agregacie Blogi RPG. Od razu będzie jasne, że ludzie traktują swe blogi różnorako – część wpisów może być o prywacie, część o grach fabularnych, filmach, recenzjach książek itd.

Nikt tego nie kontroluje, nikt nie selekcjonuje. Brakuje mi takiego sieciwego kuratora (lub grupy kuratorów), który by czytał i wybierał oraz promował to co według niego jest najciekawsze (ale całkiem subiektywnie – bo to również się liczy). Do pewnego czasu w taką pełniło Bagno, ale tam kategorie były mocno rozmyte i trzeba było się na prawdę napracować, aby wykopać coś ciekawego. Teraz podobną funkcję sprawuje społeczność Gier Fabularnych na Google+, ale G+ nie jest bardzo przystępne dla tych, którzy nie są z wpisami na bieżąco i nie jest tam łatwo czegokolwiek się doszukać.

Jakie kroki można podjąć aby ujednolicić publicystykę w sieci i rónocześnie uczynić ja bardziej przystępną dla wszystkich?

Najważniejsze jest to, że nie warto starać się naprawiać tego co już istnieje. Za jakiś czas zostanie opracowane jakieś nowe rozwiązanie czy tez techniologia prezentacji naszych wypocin i wszyscy ją zaadaptują czy też na nia wyemigrują. Rzecz, która się nie zmieni to potrzeba słowa pisanego.

Dlatego też, należy przeba pracować nad sobą – chcemy mieć lepszą publicystykę – po prostu zacznijmy pisać. Już piszemy? Piszmy więc więcej.

Aby pisac nie potrzeba wiele. Pomysł i miejsce gdzie będziecie mogli swoje myśli publikować. Z tym nie będzie problemów, bo można wybierać i przebierać do woli. Nie zatracajcie się jednak w gadżetach. Prosty i co najważniejsze – czytelny wygląd strony powinno wam wystarczyć. Na wszystko inne przyjdzie czas później. Najważniejsza rzeczą są materiały- nikt nie będzie was odwiedzał tylko dlatego, że fajnie wasza strona wygląda, no może odwiedzi was raz i juz nigdy później nie wróci.

Nie ważne czy piszecie do przysłowiowej (cybernetycznej) szuflady, czy też wasz prywatny blog. Bez praktyki w pisaniu, wasza umiejętność artykułowania myśli będzie powoluktu zanikć, a pisząc będziecie rozwijać swój styl. Po prostu piszmy, przystepnie i na temat (a nie pod publikę). Nie ważne czy opisujecie raporty z sesji, przemyślenia na temat nowego podręcznika czy też dzielicie się uwagami po grze. Nie ma się na prawdę czego wstydzić, nie ma co dywagować i zastanawiac się czy ludzie będą to lubić. Nie powinny nas interesować ilości odwiedzin (masa z nich to i tak boty), to nie jest miarą popularności. Według mnie taką na prawdę zmierzalną miara popularności jest ilośc komentarzy pod konkretnymi wpisami i to, że wasza publicystyka nakłoniła kogoś do jego pozostawienia . Traktujcie pisanie komentarzy jako praktykę samego pisania i rozwijania siebie jako autora.

Warto zarejestrować się na agregacie Blogi RPG (tutaj podziękowania dla Paladyna i Krzemienia, bez nich cały czas siedzielibyśmy w erze internetowego kamienia łupanego krzycząc w otchłań), bo jest to prawdę mówiąc jedyne miejsce gdzie polscy fani i fanki mogą znaleść okazyjnie jakiś na prawdę interesujący wpis. A z drugiej storny  to pierwszy krok dla nieznanych autorów w kierunku wyrobienia sobie marki, a co za tym idzie garstki fanów. Darmowa promocja.

Pamietacie INKLUZa? Był to nieodżałowany zin internetowy, który jak najbardziej był w stanie utrzymać się na powierzchni przez lata podczas tego przysłowiowego złotego wieku kiedy panawała Magia i Miecz oraz ukazywał się regularnie Portal. Dlaczego? Bo INKLUZ oferował alterantywę dla mainstreamu – mniej znane nazwiska, któtsze formy oraz artykuły, które mozna było najcześciej przeczytać w kilka minut. Jak widać można, nawet kiedy nie ma posuchy na rynku, wykarczować kawałeczek poletka dla siebie.

Jaką alternatywę można dzisiaj zaproponowac do tego co ukazuje się na blogach? Nie mam pojęcia, ale bez czytania ich zawartości nigdy się nie dowiecie. A jak już czytacie to warto też skomentować bo w ten sposób buduje się powolutku, organicznie i wspólnie nasze małe, nowe społeczeństwo. Bez tego po prostu będziecie częścią archipelagu zwącego sie blogosferą, jedną mała wysepeką odwiedzaną raz na jakiś czas przez kilka osób.

Różnica pomiędzy publicystyką dzisiejszą i tą ze złotego wieku jest to, że kiedyś garstka ludzi pisała dla mas, a dzisiaj sytuacja się odwróciła i masy piszą, mając nadzieję, że ich wpis trafi do garstki zainteresowanych. Kiedyś ta garstka dostawała jakieś tam honorarium za wydrukowany tekst, dzisiaj pisze się za darmo.

I tak juz raczej zostanie w najbliższej przyszłości. Środowisko fanów i fanek gier fabularnych zawsze było tworzone porzez nich i dla nich. Nie ma tutaj żadnych wielkich pieniędzy, monetyzować nie ma czego, ponieważ nigdy nie wygenerujecie odpowiedni wielkiego ruchu aby moglibyście się z tego utrzymać. 

Dlatego na koniec warto sobie zdać z tego sprawę – publicystyka w światku gier fabularnych jest działalnością czysto altruistyczą. I jako taka powinna nieść korzyść innym – nie zapominajcie o tym zarówno pisząc jak i czytając.

Do przyczytania.

>————————————————————-<

I tradycyjnie odpowiedzi na Borejkowe pytania.

Czy pisanie o tradycyjnych grach fabularnych ma sens? Czy ktoś tego potrzebuje? Czy kogoś obchodzą almanachy, eseje, felietony, porady? Czy ktoś z nich korzysta?

Czytamy karnawal, wiec zapewne ma to sens.

Czy wszystko już było?

Bylo bardzo wiele, ale nowe i swieze rzeczy nie biora sie z powietrza. PIsza i tworza je ludzi na fundacji znanej z przeszlosci, uzywajac narzedzi danych im przez doswiadeczenie innych. Dlatego zawsze warto patrzec na przeszlosc jako na cos z czego warto sie uczyc a nie skreslac jej jako archaicznego anachronizmu. Dlatego fani oraz fanki gier fabularnych zawsze tworza cos nowgo na boko, albo zasady opcjonalne, albo wlasne gty czy tez swiaty. Do szuflady, lub czasem do publikacji. Bez podstaw i tego co zostalo napisane w przeszlosci, nie mozna byloby nic zbudowac.

A może jest cała masa nieporuszanych tematów ?

To wylacznie zalezy od czytelnika. Im czlowiek bardziej oczytany i zainkubowany wo hobby tyl liczba tematow maleje. Ale jak wspominalem powyzej, warto pisac o tym co bylo (ale oczywiscie bez plagiatow), bo tylko dzieki temu damy rade zbudowac cos nowego i mozliwe bardziej interesujacego.

O czym właściwie chciałbyś czytać?

Mi najciekawiej czyta sie wrazenia, ktore ludzie maja z grania. Czasem mechaniczne, czasem po prosty kilorowo – fabularne.

Czy coś stoi na przeszkodzie w publikowaniu Twoich tekstów?

Brak czasu :D Ale mityczny brak czasu instnieje od zarania dziejow. Po proty czas trzeba sobie odlozyc na piosanie, czy tez granie. Oczywiscie nasze codzienne zycie jest pelne poswiecen. Pamietam jak bylem w podstawowce i jak sobie wypobrazalem ile bede grac w Liceum, bo to przeciez z gorki, a potem w liceum nie bylo czasu, ale jakos sie go znajdowalo i czlowiek marzyl o tym ile wolnego bedzie na stodiach. Sytuacja sie powtorzyla. POtem, jak edukacja sie zakonczyla, praca i ponowny brak czasu. To towarzyszy nam od zawsze. Nie mozna po prosty zgonic tego na brak czasu, bo czas sami sobie robimy.

Masz jakieś ulubione miejsca w sieci lub te których nie znosisz?

Coraz bardziej przeszkadzaja mi serwizy spolecznosciowe. Jest tam ogromny nawal informacjji, i takiej osobie jak ja trudno jest ja ogarnac. Lub raczej zuwazam, ze jak nawet zaglebie sie w to wszysyko i poczytam, to niewiele tz tego wszystkiego przetrwa do dnia jutrzejszego w mej glowie.

Sekluzjum Orfony Trzech Wizji prawie za darmo

Wersja PDF Seclusium of Orphone of the Three Visions jest dostępna przez kilka najbliższych dni za dwa i pół dolara.

Dla tych którzy lubią OSRowe klimaty (podlane sostem LotFP) będzie to nie mała gratka. Podobnie będzie się miałą sprawa z ludzmi, którzy zamierzają stworzyć sekluzja czarodziejów w swych kampaniach lub przygodach. Masa tabel, poraz i tipsów.

Warto.

A tutaj znajdziecie jeszcze więcej rzeczy do lamentations w tej samej cenie.

Torchbearerowe wieści

Dzisiaj ukazał się The Petersen Besiary (do pobrania po kliknięciu). Piątka nowych maszkaronów, z których jeden jest autorstwa niżej podpisanego. Ilustracje wykonane przez Davida Petersena z Mouseguarda znanego.

Kilka(naście) dni temu została udostępniona darmowa przygoda – The Dread Crypt of Skogenby, również za darmo, ale tym razem na drivethrurpg. Ufundowana jako część kickstartera, Dread krypta jest wedlug mnie prawdziwą przygodą inauguracyjną do Torchbereara. Masa świetnych rad dla początkujących Mistrzyń oraz Mistrzów Gry, które pozwolą wam w miarę szybko zaznajomić się wam z tym jak działą mechanika, jak wprowadzac twisty oraz kondycje i jak uzywac Skilli. Under The House of the Three Squires, przygoda  znajdująca się w podręczniku podstawowoym jest moim zdaniem o wiele bardziej wymagająca zarówno od graczy jak i od osoby ją prowadzącej, do tego jest dość zabójcza..

I na koniec generator losowy, który da wam informacje na temat waszego obozowiska, wydarzeń przy wjeżdzaniu oraz opuszczniu miasta oraz zapoda skarby za spotkane losowo bestyje. Dla tych, którzy są zbyt leniwi i kostkami nie chcą turlać po tabelach.

The Dragons of Britan #1

Tematycznie, Dragons of Britan to ewenwmwnt zinowy. Publikacja traktująca o Pendragonie oraz graniu w czasach legend arturiańskich? tego jeszcze nie było.

Okładka mocno przypomina designem podręcznik i dodatki do czwartej edycji. W środku aż 64 strony, dwie przygody, bardzo fajny rzut okiem na różne edycje Pendragona, kilka artykułów, przegląd arturiańskich zasobów sieciowych… Oprawa wizualna wygląda prawie profrsjonalnie, fajne cyfrowe ilustracje, ale tła na stronach z całym tym cieniowaniem i półprzeźroczystymi zdublowanymi elementami rzucającymi cień zdecydowanie za wolno się ładują.

W Pendragona nie grałem już z dwa lata, ale prawdopodobnie komuś się przyda.