KB# 51 Ewolucja

Ja chciałbym ponudzić was o mojej ewolucji jako ewolucji od fana do kolekcjonera i z powrotem do fana.

Moja meblościanka

Moja meblościanka

Początki

Końcówka szkoły podstawowej, brak jakichkolwiek funduszy, „kieszkonkowe” którego nie starczało na nic innego niż słodycze…  Dla świeżo upieczonego fana gier fabularnych w post-komunistycznej Polsce przyszłość nie wyglądała różowo.

Moja pierwsza grupa RPGowych znajomych składała się z jednego rówieśnika, z którym uczęszczałem wspólnie do podstawówki, reszta była od nas starsza, o wiele starsza. Granie lub nawet kolegoewanie się ze „starszymi”, co jak zapewne pamiętacie w czasach szkoły podstawowej lub nawet na początku średniej, było dość traumatycznym konceptem. Nawet ludzi starszych od nas o rok uważało się wtedy za dorosłych, a rok różnicy to prawie jak kanion nie do przeskoczenia.

Materiałów nie mieliśmy wiele. Graliśmy w Kryształy Czasu, wydrukowane przez znajomego na igłówce z wersji krążącej wtedy na Amigowych dyskietkach. Inny znajomy, który utrzymywał kontakty z trójmiastem miał podręczniki do drugiej edycji DnD – skserowane. To kserowało się ksera i graliśmy w Dragonlance. Chodziły słuchy o „tłumaczeniu klubowym” Warhammera, ale nikt tego na oczy nie widział. Kilka lat później dane mi było grać u pana, który takowe posiadał na własność, a było to na konwencie w Złotowie…

Dzisiaj mamy Rebela i zapewne jeszcze kilka innych miejsc w sieci gdzie bez problemu możecie zaopatrzyć się przynajmniej w kilka obcojęzycznych gier. W zamierzchłych czasach była księgarnia wysyłkowa ISA i ona to rozprowadzala pocztą na żądanie katalog z ofertą wydrukowany na igłówce. Oczywście wszystkie ceny w tym katalogu wydawały się nam wzięte z kosmosu, ale nie przeszkadzało nam to w robieniu list tego, co kiedy już będziemy dorośli i będziemy mieli jakieś pieniądze to sobie kupimy i w co będzimy grać – po wsze czasy. Pamiętam, że figurki do gier bitewnych były w nim wymieszane z podręcznikami do RPG i nic nie było w nim  jasno opisane. Inne czasy inne podejście, na bezrybiu i rak ryba. Życie fana (mnie), który od najmłodszych lat miał ambicje zostania kolekcjonerem gier na prowincji w naszym kraju nie zapowiadało się ciekawe.

Jakoś tak się złożyło, że za młodu wiele w Warhammera i inne wydane w Polsce gry nie grałem i materiałów do nich nie kolekcjonowałem. Ba, nie było mnie stać na zakup młotka, a pamiętam reklamy w Magii i Mieczu oraz rozległy opis samej gry w jednym z wczesnych numerów. Podobnie było z AD&D oraz listą rzeczy do tego systemu opublikowanych przez TSR również w którymś tam z wczesnych numerów Magii i Miecza. Ta lista zajmowała chyba z dwie strony. Jedyny skutek jaki miały na mnie te aktykuły – było dodanie dodatkowych punktów do listy gier, które zamierzałem zdobyc w przyszłości. Siadało się ze znajomymi i gdybało nad tym co znajduje się w środku i co może być najciekawszą pozycją w katalogu. NIe mogliśmy pojąc jak do AD&D może być naście dostępnych settingów, przecież nikt nie byłby w stanie tego kupić. Przynajmniej nikt kto miał 13 lat i mieszkał w Polsce.

Poszczęściło mi się w drugiej klasie liceum i wakacje spędziłem w USA. W czasach przed internetowych moje informacje na temat sklepów z grami RPG były okropnie nikłe. Udało mi się znaleźć w jednej z księgarni brytyjskie pismo RPG Arcane i kilka podręczników, głównie do DnD. Kilka wypadów do innych księgarni zaowocowało tym, że tego roku wróciłem ze stanów z GURPS’em trzecią edycją oraz Earthdawnem (chyba dwa lub trzy lata przed jego polską edycją). I tak zaczęły się zalążki mojej kolekcji.

Start

Pod koniec drugiej klasy liceum udało mi się załapać na płatny staż w lokalnej bibliotece. Wynagrodzenie za mój czas nie było nadzwyczajne, ale za kilka godzin tygodniowo, pod koniec miesiąca uzbierało się wystarczająco grosza na jakiś podręcznik. Dzięki znajomemu, który miał kartę kredytową udało się sprowadzić z Anglii (z Leisure Games, które po dziś dzień istnieje i ma się dobrze) Palladium Fantasy RPG oraz Pandragona. Jako, że internet cały czas w tamtych czasach kulał i był niebywale drogi (przyanjmniej w Koszalinie – czasy przed neostradą) moje badania na temat tego co warto kupić przeprowadzałem bazując na recenzjach zawartych w trzech numerach Arcane, które udało mi sie zakupić podczas wspomnianego wcześniej wyjazdu do Stanów.

Palladium Fantasy RPG okazało się okropną kichą, ale Pendragon to było już coś. Gdzieś w tamtym okresie ukazała się ta sławetna recenzja Gemini w MiMie i również udało mi się ten system wraz z dodatkiem z Anglii sprowadzić. Moja prywatna biblioteczka powolutku się rozrastała.

Dwa kolejne lata to rozbudowa mojej skromnej kolekcji o jakieś zachodnie dodatki do Earthdawna, ksera na konwentach, ale również otworzenie mojego świata na IRC i kanały, które rozpowszechniały skanowane PDFy gier fabularnych.

Jak to prawdziwy kolekcjoner – nieważne jakie i jak rzadkie rzeczy udało mi się pozyskać albo skserować – człowiek zawsze chciał mieć więcej. Więc ściągaliśmy masę rzeczy z sieci. Tak się złożyło że w tamtym czasie jakoś granie ze znajomymi przygasło – masa ludzi wyjechała na studia i grało się dużo w kolekcjonerskie gry karciane i w bitewniaki.

W liceum pamiętam również mój pobyt na konwencie Kapitularz w Łodzi, gdzie ktoś starał się sprzedać legendarny Amber Wujcika, a ja jak najbardziej wyraziłem chęć jego zakupienia, ale jakoś tak wyszło, że wyskakiwaliśmy na miasto i nie mogłem dokończyć transakcji. Po powrocie znalazłem tego jegomościa, ale okazało się że podręcznik został już sprzedany, mimo tego, że miałem go „zaklepanego”. Niby śmieszna rzecz, ale dla nastoletniego kolekcjonera był to poważny cios. Poprzycięgłem wtedy, że już niegdy nie przeoczę ponownie takiej okazji. Bo zdarzyło się to po raz drugi, dwa lata wcześniej nie dograłem kserowania Kultu i paru dodatków na innym konwencie na Pomorzu i również mnie to mocno przybiło.

Mała polska inicjatywa

Przesiadywanie na ircu zaowocowało masą kontaktów z zagranicą. Gadaniem o grach, z ludźmi, którzy w moim mniemaniu mieli dostęp do wszystkiego co się tylko ukazało. Widzieliśmy wolno rozwijającą się scenę skanującą podręczniki – nie było to wiele osób, może około 20 ludzi se skanerami i jakieś 120 którzy tylko ssali. W sumie niewiele w skali światowej a były to czasy prospery. Dziś ten kanał po dwóch czy trzech przeprowadzkach ma okolo 40 użytkowników. Mistrzem świada był koleś, którzy mieszkał w Szwecji, miał żółte papiery i żył z zasiłku państwowego, którego to co miesiąc wydawał na podręczniki. Po przeglądnięciu tego co mieliśmy w naszych zasobach postanowiliśmy również poskanować kilka starszych gier, do których dostęp był ograniczony. Tak powstała EPC CREW (Epic Crew) – w składzie, ja, mój znajomy z osiedla a potem dołączyły jeszcze dwie osoby (jedną z nich był ten Szwed, który po pewnym czasie całkowicie zniknął z radaru, a drugą pewen anglik, z którym utrzymuję kontakt do dziś – bo tak samo kochaliśmy ICEowego MERPa). Po prostu – kilku szczenaków wychowanych na snach o przynależeniu do mitycznej komputerowej „sceny”. A moja kolekcja cały czas rosła (ta cyfrowa o wiele szybciej niż drukowana).

Wyprawa

Po skończeniu liceum i odwalenu jeszcze trzech lat w szkole pomaturalnej i na pierwszym roku studiów, miałem stałą pracę (a co za tym idzie dostęp do podręczników, to były czasy Ars Magicy czwartej educji!) ale praca się skończyła. Po około 6 miesiącach bez perspektyw i bez chęci przeniesienia się do większego miasta, postanowiłem przeprowadzić się za chlebem za ocean.

Nowy Jork to dość poważna zmiana klimatów. Tak się złożyło, że bardzo saczęśliwie upadłem. Język znałem w miarę dobrze (a jakże, dzięki grom fabularnym), o wiele lepiej od moich polskich współpracowników, wydatków za dużo nie miałem – więc ogromne sumy przeznaczałem na zakup tych podręczników, których nie dane mi było doświadczyć jako nastolatkowi. Jechałem po prostu w dół mojej listy zrobionej kilka lat wcześniej bazując na artułach z Mima i katalogu Isy :D

Moja kolekcja rosła, ale życie na drugiej półkuli przebiega troszkę inaczej. Miałem dwie przeprowadzki i muszę powiedzieć, że targanie czterech regałów pełnych książek ze sobą wszędzie gdzie się przenosiłem nie było zbyt pocieszne.

Cały czas uczestniczyłem w scenie skanerskiej, skupiałem się na bardzo starych rzeczach, które nie były powszechnie dostępne, albo były drogie. Przecież miałem masę ekstra funduszy… Jeżeli zassaliście kiedyś dodatek do MERPa, który wyglądał porządnie, to pewnie przeszedł on przez mój skaner. Podobnie z antykami do Ars Magicy. Jak wspominałem – stare czasy. Ale dzięki temu przynajmniej nauczyłem się kapkę o obróbce cyfrowej grafiki – nic nie idzie na marne.

Zdobywałem coraz więcej, coraz to rzadszych podręczników. Kolekcja rosła, a ja nigdy nie byłem zadowolony. Jak prawdziwy kolekcjoner, o wiele większą frajdę miałem z gonienia za podręcznikami na ebayu i z tego, że znalazł się on w mojej kolejcji niż czytania tych białych kruków. Czułem się niemal jak mecenas sztuki, który kupuje malowidło, wiesza je na ścianie a na następny dzień o nim zapomina, bo coś innego już przykuło jego uwagę. Powolutku zacząłem zdawać sobie sprawę z tego że uzależniam się od pogoni za podręcznikami a tłumaczę to sobie byciem prawdziwym fanem i kolekcjonerem. Bo rzekomo tak według mnie miał wygłądać prawdziwy fan – siedzący w piwnicy, otoczony podręcznikami – wieczny niezadowolony czytacz.

Oświecenie

Podczas jednego z moich świątecznych pobytów u rodziny w Polsce w naszym Nowojorskim mieszkaniu przeciekał dach i tak się złożyło że jak wróciłem to dowiedziaęłm się że w moim pokoju było czrety centymetry wody. Moja cała kolekcja do Ars Magicy (ponieważ była na najniższej półce) została zniszczona przez wodę. Był był formatywny moment – zdałem sobie sprawę, że tak na prawdę nie jestem nawet tym faktem zbyt wkurzonny. Odczułem pewną ulgę. Jakieś trzy miesiące po tym wydarzeniu zostałem zmuszony do kolejnej przeprowadzki. Tym razem pomagał mi znajomy, który miał skelpik na ebayu i to jemu zostawiłem trzy czwarte mojej kolekcji (a ten znajomy dziś prowadzi sklep wysyłkowy BWHQ). Dostałem za nią może jedną trzecią tego co zainwestowałem, ale tak dobrze jak po sprzedaniu tej masy makulatury to się dawno już dawno nie czułem. Jakby ktoś mi brzemię z barków zdjął.

Skończyło się również przywożenie ogromnych ilości podręczników zakupionych za pół darmo na konwentach. Pamiętam, że kiedyś wyrwałem cały zestaw do drugiej edycji Blue Planet za 15$, ale okazję jak ta zdarzały się rzadko i głównie był to chłam na przemial nadający się jedynie do palenia w piecu. Jedyny jego walor był taki, że jeszcze go nie miałem na półce. :D

Po tej przeprowadzce czekały mnie w najbliższych latach jeszcze dwie. Pierwsza była do nowego mieszkania gdzie wprowadziałem się z moja przyszłą żoną. Przybyłem z jednym regałem podręczników. Mieszkałem tam 5 lat, i moja kolekcja rozrosła się do dwóch i pół, bo w jakimś momentcie mnie napadło i zacząłem kolekcjonować boxed sety, jak szło. Niewżne do czego, ale głównie do AD&D. Podobnie miałem chwilową obsesję na temat Dark Suna, Birthrighta i Planescape’a, których to do dziś mam prawie pełne bibliografie. Potem przesiadłem się na Forgotten Realms, ale bardzo szybko się opamiętałem bo wykumalem ze zaczynam się ponownie staczac. Czułem sie jak stary heoriniarz, który po latach bycia czystym dostał nową strzykawkę.

Ostatania przeprowadzka zabrała mnie na drugą stronę ulicy i aktualnie mam tylko dwa (niepełne) regały z grami. Jeden z nich ma na sobie te wszystkie boxed sety (na które patrzę z wyrzutem) oraz kolejkcję AD&D, a drugi rzeczy do Harna, troszkę Ars Magicy 5 edycji, dużo małych gier indie i kilka bardzo rzadkich dodatków do Merpa (z których jeden jeszcze czły czas czeka na zeskanowanie :D), Warhammera, kolekcję Warpstonów i cały set Arcane Magazine (nostalgia).

Końcówka

Tak to właśnie wyglądała moja ewolucja od fana, który w notesiku wypisywał jakie gry kiedyś w przyszłości chciałby mieć, przez osobę mającą niepoliczoną masę poręczników – tak wielką że nie była ona w stanie ich wszystkich przeczytać, aż po dzień dzisiejszy – kiedy cały czas uważam, że mam tych gier za wiele, bo nigdy pewnie w nie wszystkie nie zagram a części z niej nie miałem wciąż chwili przeczytać :D

Jaki z tego morał? Nie wiem czy jakiś istnieje, ale na pewno warto powiedzieć, że wszystko co robimy jest fajne w moderacji. Nie ważne czy to hobby czy coś innego. Nie przesadzajcie, nigdy nie będziecie mieli wszystkiego, zawsze będzie ten jeden podręcznik, dodatek, boxed set, którego po prostu nie da się odszukać. A jeżeli go nawet odnajdziecie i zakupicie, to może okazać się, że tak jak w moim przypadku, to przestanie już być celem, bo prawdziwy cel leży tuż za horyzontem i pragniemy tego czego mieć nie możemy.

Możliwe, że warto marzyć, szukać, kolekcjonować i kupować, ale warto również pamiętać o tym co napisałem powyżej, a czego relizacja w moim przypadku zabrała jakieś 12 lat. Czasem granica pomiędzy kolekcjonowaniem a obsesją po prostu się zaciera.

Patrząc z perspektywy czasu, nie powiem, że nie było warto, ta podróż to było dla mnie spełnienie młodzieńczych marzeń, ale nie mam już trzynastu lat, a i obowiążków jakby więcej.

Powiem wam tyle – bez gier fabularnych i ich kolekcjonowania nie byłbym tu gdzie jestem teraz. Nie poznałbym mojego najlepszego przyjaciela i nie pomagałbym mu przez lata opracowwyać i testować jego gier oraz promować ich na konwentach. Nie miałbym szansy na granie co tydzień, lub nawet częściej. Może to zabrzmi zabawnie, ale w wieku prawie lat 35 lat gram więcej i więcej mam frajdy z grania niż jako małolat przed 20 stu laty.

Bez gier fabularncyh nie władał bym tak dobrze językiem angielskim, nie miałbym znajomych na całym świecie, z którymi wciąż utrzymuję kontakty. Nie pojechałbym wielokrotnie na GenCon, Origins czy Pax East aby promować gry, których jestem współautorem i które uwielbiam tworzyć.

I drugi regał z boxed setami oraz AD&D

I drugi regał z boxed setami oraz AD&D

Widzać, że w moim przypadku warto było być szalonym kolekcjonerem, ale to szaleństwo powoli przeminęło, bo przechodząc tą drogę sam zdałem sobie sprawę, że na prawdę nie potrzeba mi 600 książek aby być prawdziwym fanem. Kolekcjonerzy nie zawsze są fanami, bo zatracają się nie w graniu ale w kolekcjonowaniu. Fani tworzą coś czego użyć mogą inni, bezinteresownie – a nie otaczają się setkami książek i uczą się na pamięć regułek czy też faktów z wyimaginowanego świata.

Fani grają i uczą jak grać.

Do bycia fanem potrzebujesz dwóch, może trzech gier, w które lubisz grać i grupę przyjaciół z którymi miło spędzasz czas odwiedzając wymiaginowane światy kilka razy w tygodniu, miesiącu czy roku. Ważne aby grać.

Reklamy

Paszport

Okazało się, że przedawnił mi się paszport. Nie jest to zbyt wielki problem, bo mam papiery an legalny pobyt w Ameryce, ale brak paszportu ogranicza dość poważnie moje możliwości podróży zagranicznych. Tak więc postanowiłem zgłosić się do ambasady po nową sztuka. Okazuje się, że dwudziesty pierwszy wiek dotarł i do polskiego konsulatu i na paszportową rozmowę umawia się przez internet. Niestety sprawdzając jakich dokumentów mi potrzeba do wyrobienia nowego, wyszło na to, że w sytuacji w jakiej się akuratnie znajduję (przedawniony paszport , przedawniony dowód osobisty [którego tutaj na prawdę nie potrzebuję) trzeba będzie przeskoczyć przez kilka płotków zanim dostanę nowy dowód pozwalający mi na podróże.

Wychodzi na to, że jeżeli nie posiadasz żadnego ważnego dokumentu na poświadczenie tego że jesteś polakiem (wychodzi na to, że mówienie płynnie w tym jęzuku, ogromne czoło oraz stary paszport nie są na to wystarczającymi dowodami) to będziesz musiał najpierw sobie taki papier załatwić, który mówi, że na prawdę jesteś POlaczkiem i nie oszukujesz. Powiem tylko, że nie warto jest swoim papierom się przedawnić, bo formularz ten ma 12 stron i wymaga wypełnienia danych do dwóch generacji wstecz :D

Zajęło mi to dwa dsni i kilka rozmów z moją matulą, ale nareszcie myślę że mam wystarczającą ilość informacji na temat mnie i mojego dziedzictwa, że nie będzie (prawdopodobnie) problemu z tym aby sprawdzić mą polskość.

Do konsulatu wybieram się w Czwartek rano (to będzie zapewne wpis na blog sam w sobie, bo jak pamiętam za każdym razem jak miałem nieprzyjemność to miejsce odwiedzić to były tam maksymalne odjazdy – na pewno nadrobię zaległości z polskich telenowel, które jak mnie pamięć nie myli grają tam na telewizorze non stop) i miejmy nadzieję, że dostanie poświadczenia nie zajmie mi zbyt długo. Potem będe musiał czekać na papierek, następnie przedłożyć go wraz z wnioskiem o paszport i miejmy nadzieję, że za około pół roku będę już mógł poruszać się po świecie w miarę spokojnie.

No i koszta – 110$ za papierwk wstępny, 330$ za paszport, co jest śmieszne – to że jakbym to robił w polsce z Ameryki to koszty były by jeszcze wyższe bo masę dokumentów musiałbym poświadczyć notarialnie.

Tak więc słowo porady – nie dajcie się swym dokumentom przedawnić, bo pogrzebani zostaniecię pod klasyczną biurokracją.

Z miasta huraganem szarpanego [02/11/2012]

A mówili, że globalne ocieplenie to mit…

Dzisiaj mija piąty dzień mojego przymusowego, aresztu domowego. Jak zapewne wszyscy już słyszeli Nowy Jork nawiedził huragan Sandy zwanym. Telewizja pokazuje jedynie obszary albo zalane, albo wypalone, albo zniszczone albo dowolną kombinację powyższych.

Ja miałem na tyle wiele szczęścia, że prawie huraganu nie zauważyłem, kiedy szalał nad miastem. Wraz ze znajoimymi urządziliśmy sobie maraton filmowy, a moje mieszkani nie było wystawione na wiatr, okna wychodzą na ogródki, nie na ulicę, nie ma drzew, które mogłyby się połamać ani transformatorów które skore by były do eksplozji. I co najweażniejsze moja lokacja znajduje sie przynajmniej 40 metrów nad poziomem oceanu.

Wrażenia podobne do zeszłorocznego huraganu, który nas nawiedział. Jedyną różnicą było to, że metro zostało prewencyjnie wyłączone o siódmej wieczorem w Niedzielę, co kapkę pokrzyżowało nam plany, gdyż w zeszły weekend mieliśmy nasz coroczny konwent Burning Con / Apocalypse Con na Manhattanie i jakaś połowa uczestników zdecydowała się opuścić imprezę wcześniej aby uniknąć burzy (okazało się później że słyusznie, bo wszystkie loty zostały odwołana na trzy dni, a lotniska, i kolej również nie dizałała) i tak wyszło że kilkoro ludzi spało u nasz na tapczanie dla gości.

W Poniedziałek po seansie filmowym, przeszliśmy się nad wodę. Było po drugiej w nocy, deszcz prawie całkowicie przestał padać, a jedynie wiatr zrywał się od czasu do czasu. Wyglądało to jak z filmu postapokaliptycznego, żadnych przechodniów, jedyne pojazdy na ulicach to karetji jadące na sygnale. Widziałęm ludzi z obrażeniami przenoszonych z ambujanszu do szpitala. Szliśmy środniek ulicy tak aby omijać powalone gałęzie i aby zminimalizować prawdopodobieństwo porażenia elektrycznego przez jakiś urwany kabel. Po dotarciu nad wodę pierwswzą rzeczą, którą zauważyliśmy był całkowity brak świateł na Roosvelt Island i nad wodą niósł się głos syren alarmowych karetek pogotowia i policji (okazało się, że na Roosvelt podobnie jak i na dolnym manhattanie dostała całkowicie odcięta elektryczność – prewencyjnie, i okazało się do bardzo dobrym posinięcieb – chyba wszyscy widzieli już nagranie eksplodującego transformatora, który przypomina prawie ekjsplozję supernowy). Służby szybkiego reagowania ewakowały jak sie okazało szpital.

W drodze powrotej do domu wracaliśmy inna drogą i dało się zauważyć poważniejsze zniszczenia. Dużo wody stojącej na ulicach i połamanaych drzew (mój znajomu, który mieszka przy wodzie, stracił prą i ogrzewanie i prawdopodobnie nie będzie go mieć przez miesiąć). Widzieliśmy również połąmane słupy elektryczne, które prawie natychmiastowo zostały otoczone przez policję i dostęp do kilku ulic został odcięty – ze względu na niebezpieczeństwo jakie niesie ze sobą połączenie linii elektrycznej na zalanej wodą ulicy).

We wtorek dostałem wiadomośc z pracy, że odbędzie sie konferencja telefoniczna i dowiemy się mniej więcej na czym stoimy. Okazało się, że prąd bedzie odcięty do soboty, może nawet dłużej, nasze servery zostały więc bez zasilania, a servery zapasowe zjajdowały się przy nowojorskiej giełdzie, więc one również zawiodły. Okazało się również, że ludzie mieszkający za rzeką w New Jersey byli w o wiele bardziej opłakanej sytoacji niż ja. MAsa z nich nie miała zasilania i iinternetu, na szczęści nikt z moich współpracowników nie stracił domu ani nie musiał zostać ewakuowany.

Tunele metra zostały zalane, i dopiero w czwartek powoli infrastruktura komunikacyjna powolutku wstawała na nogi (z Queensu dało się dojechać na Manhattan metrem, niestety połączenie z Brooklynem zostąło przerwane). Niestety ja nie mogę pracować zdalnie, więc będę w domu przynajmniej jak wspominałęm wcześniej – do POniedziałku.

Nasze osiedle wróciło do życia niezwylke szybko, restauracje otwarte, sklepy otwarte, był problem z chlepem przez jakiś czas, ale mnie to nie ruszało, bo się w restauracjach przez trzy dni żywiliśmy. Prawie żadnych zniszczeń. Jutro planujemy wycieczkę na Manhattan aby połazić i poogladać.

Jak widać, huragan jest w stanie wyrwać człowieka z blogowego letargu. :D

PS. Jedyną ofiarą huraganu w naszym mieszkaniu okazał się telewizor, który wczoraj wieczorem odmówił całkowicie współpracy, może słyszał jak cihutko roważaliśmy zakup nowego kilka tygodni temu.

03/09/2011 [Sroda]

Tak sie nieciekawie zlozylo, ze jest Sroda, godzina prawie 21sza, a ja wciaz siedze w robocie – uroki pracy na druga zmiane. Nie byloby az tak ciezko, gdybym nie byl prawie pewien, ze nie zdaza juz na koncert Rosetty i Austerity Program, ktory sie (jak donosza znajomi poprzez internetowe media) wlasnie rozpoczal. Szkoda, ze nie zobacze moich ziomkow z Rosetty po raz kolejny (ostatnim razem powod byl rownie prozaiczny – praca). BJ bedzie zapewne zdruzgotany, tym ze nikt znowu nie bedzie chcial wysluchiwac jego wywodow o World of Warcraft, a i z Mattem (panem za Atomium Amps) mialem pogadac o wzmacniaczu sluchawkowym, ktorego on dla mnie aktualnie buduje.

Chumor poprawia mi fakt, ze od jutra do konca tygodnia mam wolne – w Czwartek w poludnie wyruszamy do Bostonu (dwa samochody pelne znajomych) – spedzic cztery dni na PaxEast – swietnym konwencie gier komputerowych (i nie tylko). Zaloga Burning Wheel (6 odob, moze wiecej), bedzie wlasnie miala za zadanie byc czescia tego „i nie tylko”. Mamy stoisko, ktore bedziemy dzielic Joshua z Glyphpress. Jakby tego bylo malo slyszalem, ze bedzie tam rowniez Emily z Eppym (Dread) – i zapewne przyplacza sie tam jakies dodatkowe nieciekawe elementy ze story games :)

No i zostajac po godzinach w robicie – przyanjmniej firma zapewnie wyzywienie.

Co tam jeszcze sie wydarzylo – ponownie staram sie sprawdzic jak wygladam z broda czlowieka z gor aka. nie gole sie od ponad trzech tygodni. Ludzie z roboty mowia, ze wyniki sa calkiem pozytywne, ale nie do konca im ufam, bo zapewne staraja sie po prostu byc mili (a dla mnie zarost szczecinowy to chociaz jakas odmiana).

Z sekretnych projektow RPG’owych BWHQ – w toku sa dwa, ale niestety jak to sie juz przyjelo o niczym nie klapiemy do czasu az wszystko dopiete jest na ostatni gudzik – nie warto rozczarowywac fanow. Aby zmocic troche wody powiem tylko, ze jeden z nich jest na licencji o ktorej nikt by nas nie posadzil, i bedzie to zapewne produkt Mouseguardowo-podobny.

A z grania – w zeszly weekend Bob i Brian przyjechali z Bostonu na weekend (thak zwany Bobathon) i kontynuowalismy nasza epicka kampanie w Nihonie w ktora jak mnie pamiec nie muli gramy dwa – trzy razy w roku od dwoch lat. Aktualnie znajujemy sie w Chinach, ktore ciemiezone sa przez mongolskich najezdzcow szukajac trzeciego zaginionego fragmentu zlotej sutry.

Od ostatniego raz kiedy wspominalem o mojej zwierzecej menazerii (kot) poszerzyla sie ona o – jedno akwarium slonowodne (z zyjacymi koralami itd), jedno akwarium slodkowodne i jednego golebia ze zlamanym skrzydlem – ktory aktualnie przechodzi proces rekonwalescyncyjny i zostanie wypuszczony jak tylko odrozna mu nosne piora.

Caly czas szukam przedwzmacniacza do mojego drugego zestawu stereo i zapewne w nieokreslonej przyszlosci pojawi sie tutaj kolejny wpis o sprzecie stereo (tak jak mialo to miejsce na moim starszym blogu).

Dodam jeszcze, ze od rzadka do rzadka dodaje wpisy do mediumbloga.

Do uslyszenia po powrocie z bostonu.

Brak polskich znakow spowodowany jest tym, ze aktualnie marnuje zasoby finansowe firmy w ktorej pracuje klepiac ten wpis (oczywiscie w przerwie eolnej od pracy).

PS. Na koncert nie dotarlem.

PS2: Jednak dotarłem, nie widziałem Rosetty, ale wyłapałem dwa kawałki Austerity Program.